sobota, 13 grudnia 2014

Miejsce z Listy - odkrycie tajemnicy

Kto się domyślił, co to jest Miejsce z Listy, w ktorym się ukryłam?
 
...
...
...
 
To klasztor.
Miejsce z Listy to klasztor. Nie jakiś konkretny, ale jakikolwiek klasztor, do którego postanowiłam, że kiedyś przyjadę. Miał być odcinający od świata na jakieś 3 dni, no, może tydzień. 
Tymczasem okazało się, że oderwałam się na miesiąc. Nie na modlitwę, nie na kontemplację, nie na odrzucenie świata - choć te wszystkie rzeczy można tu wykonać intesywnie, jak nigdzie indziej.
Ale ja tu przyjechałam po coś innego. Żeby uporać się z tą paraliżującą pięcioprocentówką tekstu.

zobacz pierwszy post nt Miejsca z Listy:
http://blog-o-przekraczaniu-granic.blogspot.com/2014/11/niezwyke-miejsce-z-listy.html

Nie wiedziałam wtedy, że ten wyjazd nie będzie dotyczył ilości, ale jakości. Jeśli pracuje się nad czymś 9-10 godzin dziennie, to pracuje się nad tym INACZEJ intelektualnie, w pełni, dociera się do sedna sprawy, do warstw, do ktorych nie ma szans się dokopać, pracując 2-3 godziny dziennie. Rozpraszając się innymi sprawami. Klientami. Wykładami. Kotami. Ludźmi.  Psem. Kolacjami. Sniadaniami. Innymi....
To było jak codzienne zjeżdżanie windą do środka Ziemi. 
 
Jeśli chcesz doznać tego, o czym piszę, dostania się w głąb ziemii i tematu, jaki chcesz rozgryźć, jedź tam:
 
Pustelnia Złotego Lasu:
 

piątek, 21 listopada 2014

Smak Czasu - w Miejscu z Listy (dzień 21)

(zobacz poprzednie trzy posty)

Czas zmienił się definitywnie. Nie ma charakteru liniowego tylko kulisty, albo lepiej powiedzieć: wieloprzestrzenny. Pory dnia nie są wyznaczane "normalnie" tylko dwoma posiłkami - niczym dwoma punktami, które jako jedyne jakoś utrzymują tę "prostą"  w przestrzeni - i cyklami pisania. Po dwie, trzy godziny na raz.
 
Sen to nie jest coś, co dzieje się od 23.00 do 7.00, sen to jest coś, co mi się przydarza. Ogromna ilość informacji i tworzenia, wymaga "zapisywania" i syntezy w częstszych porcjach snu, a nie w jednym dużym torcie snu, niepoporcjowanym. Częściej musi się zapisywać kopia zapasowa i częściej musi dochodzić do przesuwania pudełek, tyle ich tam teraz się, w głowie umieszcza.

piątek, 14 listopada 2014

Odwiedziny na Księżycu - Miejsce z Listy (dzień 14)

(zobacz poprzednie dwa posty)

To nie ja odwiedzam Księżyc, to mnie odwiedzają na Księżycu.

Czternasty dzień w Miejscu z Listy, a jutro mija połowa mojego czasu tutaj. Przysługują mi więc odwiedziny. Dziś nie pracuję. Medytuję nad tym, co za mną, w tym Miejscu z Listy i nad tym co przede mną, w tym Miejscu. Taka jedna „niedziela” w miesiącu. Czuję się świątecznie: wraz z Najmilszym przybywa nowa kawa, nowa czekolada i możemy wypić wino do obiadu, Najmilszy symbolicznie, ale tu dziś symbole są okropnie ważne. Dwie godziny: Najmilszy składa mi dary, a ja odwdzięczam się mu słoikami z buraczkami robionymi na trzy różne sposoby, słoikami ze smażonymi i duszonymi warzywami, „chrupiącymi sosami” z ogórka, co by to nie było. Jest też miód malinowy, tutejszy hit i rarytas wymiatany szybko z koszyków, jak tylko się pojawią. Żeby była jasność: ręki nie przyłożyłam do wykonania tych smakowitości. Autorem ich jest… no dobrze, to się okaże 30 listopada.

Ciepło i smacznie, liśćmi i ogniem, pachnie zza okna. Gawędzimy sobie o filozofii prawa, co dla Najmilszego (który nie jest prawnikiem) musi być pewnego rodzaju nowością i wyzwaniem. Stopniowo przechodzimy do filozofii życia i tu mamy sobie po równo sporo do powiedzenia.

Wkrótce widzę światła odjeżdżającego samochodu, wyłamuję z tabliczki kostkę czekolady i siadam dokończyć dumanie nad tyłem i przodem czasu, w którym akuratnie tkwię.

Jutro minie połowa czasu.

No to żarty się skończyły.

Czy ktoś wie, gdzie ja jestem?


p.s. Nie, nie osadzono mnie na miesiąc w więzieniu. To ślepa uliczka:)

sobota, 8 listopada 2014

Kosmiczny czas w Miejscu z listy (dzień 8)

Wyjechałam.
(zobacz poprzedni post)

 
Dziś zaczęłam drugi tydzień pobytu w Mijescu z Listy. 
 
 
Po 10 godzin dziennie zajmuję się jedną pracą. To jest możliwe dlatego, że nie muszę zajmować się niczym innym: jedzenie dostaję pod nosek, dwa razy dziennie, o tych samych godzinach. Przerwy robię na kawę (tego czasu nie wliczam do tej dziesiątki, więc można powiedzieć, że piszę 10 godzin netto). I jeszcze przerwy robię na wąchanie słonecznego lub deszczowego powietrza przez okna połaciowe w dachu. I na spacery po okolicy, fascynująco zorganizowanej, ale nie mogę powiedzieć jak, bo za wcześnie jeszcze, żeby zdradzić, gdzie jestem.
 
 
Nikt się mną nie interesuje, bo wszyscy wiedzą, po co tu przyjechałam i że nie szukam towarzystwa ani zajęcia. Nawet przestrzeń mam wydzieloną bardziej własną niż inni. Takim rezydent – duch. Co zresztą gdzie jak gdzie, ale tu nie budzi zdziwienia.
 
 
Dni moje są jednakowe  - w sensie organizacyjnym. Bo intelektualnie to prawdziwe wycieczki „dookoła świata”. A ta jednakowść dni powoduje coś, co znam z eksperymentów dotyczących czasu, o których czytałam. Otóż dzieje tu się tak, jak kiedy nie ma się zegarka i świat zewnętrzny przestaje ingerować w naturalny rytm człowieka. Nb z dwóch źródeł wiem o badaniach, które dowiodły, że jeśli człowieka całkowicie wyizolować, bez żadnego miernika czasu i odniesienia w przyrodzie (np. w bunkrze) to jego naturalny rytm nie stanowi 24 ale z grubsza 25 godzin. To powoduje np., że eksperymentator, który dał się zamknąć na kilkadziesiąt dni, by zrobić samoobserwację, był wysoce zaskoczony, że pewnego dnia ekipa zeszła po niego – uważał, że jest za wcześnie o dobrych kilka dni, czy tygodni, nie pamiętam, bo żył w cyklu 25-godzinnym. [1]
 
 
A mój – siłą rzeczy – eksperyment czasowy wygląda tak:
 
 
Minął jeden tydzień, przede mną trzy tygodnie.
 
 
Czuję się, jakbym się lekko oddaliła w kosmos. Jeszcze nie na tyle, by utracić kontakt z miarami czasu, ale na tyle daleko, by już odczuć, że go wkrotce stracę. To jest jedno z tych odczuć z dreszczykiem emocji: jakby boję się, ale też jestem ciekawa, co łącznie daje efekt lekko podekscytowany.
 
 
Jestem bardziej zanurzona w kwestiach czasu, niż mogłoby się wydawać. To dlatego, że jednocześnie właśnie myślę i piszę o czasie pewnej kategorii osób, którymi zajmuję się naukowo. To są ludzie, którzy poważnie cierpią z uwagi na deficyty czasu. Jednocześnie mają potencjalną możliwość, by mieć urlop 3 tygodniowy w jednym kawałku. Na koniec mojego pobytu tutaj i im zdradzę, co to za miejsce. Mogliby tu wpaść z walizką swoich zadań i zobaczyć jak to jest popracować samemu, w spokoju. Byliby oczarowani. Tak, jak ja jestem.
 
[1] por. badania opisane w książce Stefana Kleina „Czas – przewodnik użytkownika”, Warszawa 2009 oraz książce Ulricha Schnabela „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia”, Wydawnictwo MUZA SA 2014, seria SPECTRUM, s. 137 i nast. o badaniach Ernsta Pöppela.

wtorek, 4 listopada 2014

Niezwykłe Miejsce z Listy


To, co teraz robię, a właściwie gdzie jestem, też było na tej słynnej liście. Tej z „rzeczami do zrobienia w życiu”, którą ma, a w każdym razie powinien mieć, każdy człowiek liczący się ze sobą. A jednocześnie trochę sobie nie dowierzający. W każdym razie wolący zapisać, czarno na białym, co ma do zrobienia w życiu.
 
To, gdzie teraz jestem, jest na tej liście, obok przebiegnięcia Maratonu (wykonane), głodówki (wykonane) i innych „wykonanych” bądź „jeszcze niewykonanych”. Tyle, że sądziłam, że przybędę tu w innym celu i na mocno krócej, niż 30 dni. Miałam przyjechać do takiego  miejsca „kiedyś”. I to raczej w ramach wakacji, a nie najintensywniejszej pracy. Jednak stało się inaczej.
 
Zaczęło się dość banalnie: od zaległości. Mam książkę do napisania. Właściwie ją napisałam, ale brakuje mi 5 %. Zaś z książką to jest tak, że póki nie masz całej, to w zasadzie wszystko jedno, czy masz już 95 % czy dopiero 1% - jest po prostu nieskończona. A trudno pracować nad taką złożoną sprawą, tą w książce, „po godzinach”, czyli po powrocie z wykładów albo z wydziału architektury, gdzie załatwiałam jakąś sprawę związaną z pozwoleniem na budowę wieżowca w puszczy, dla klienta. Trudno pracować „po godzinach”, kiedy w domu mi tak ktoś cudnie gotuje, jak Najmilszy, zaprasza na długą kolację z jeszcze dłuższymi rozmowami, a potem trzeba jeszcze oddać z kolei psu co pieskie – innymi słowy iść się pobawić z Zachą. Mimo, że jest wielka, to mentalnie jest jeszcze małym pieskiem i trzeba jej i zabawy i czułości.
 
Tak czy inaczej w tych okolicznościach domu i przyrody, nie da się skończyć książki, nawet jeśli „prawie” gotowa. Zwłaszcza, że, sprzecznie z zasadami logiki, a zgodnie z zasadami psychologii, to te 5 % wydaje się wyraźnie trudniejsze i jakby większe, niż te 95% zrobione. Przy Wielkim i Poważnym Zadaniu człowiek ma obawy przed jego skończeniem. Nieskończenie zawsze jeszcze daje ochronę: „no przecież pracuję nad tym”, a skończenie oznacza: „Teraz będę się musiał z tym pożegnać, wysłać to w świat, wystawiając na ludzkie oczy i poniewierkę na ich językach”.

Mam nadzieję, że dość jasno nakreśliłam sytuację i czytelnik zrozumie moc mego objawienia pewnego ranka: trzeba odłożyć wszystko i zniknąć. Żeby wziąć się za bary z tą „pięcioprocentówką”. Która ma wielką głowę, wielkie oczy i wielkie kły. Nie dać się jej zjeść, a przeciwnie: skonsumować ją metodą „zjadania całego słonia”, czyli po plasterku. Żadne „izolowanie się” w bibliotece (studenci, znajomi, koledzy z pracy) ani w domu (mąż, koty, pies, świeże powietrze w jesiennym ogrodzie) nie przyniesie skutku. Muszę wyjechać. I postanowiłam, że wyjadę tam, gdzie zamierzałam (było na liście). Nie miałam żadnego adresu – tylko jasność co do tego, co to za miejsce. Dopasowałam jakiś adres, po krótkich poszukiwaniach w Internecie i oznajmiłam rzecz wspólniczce drogiej, dobrze mi życzącej.

-   Gdzie to jest? – pyta wspólniczka
- A, nie ma tak, zgadnij. Masz trzy strzały. Podpowiem tylko, że jadę pisać – zna mnie nieźle, ale nie ma bola, nie zgadnie, pomyślałam.
- Do (…) [tu pada nazwa państwa, do którego zwykle jeżdżę pisać, myśleć, wakacjować, po górach chodzić, wino pić i małże przełykać, z jedną Ważną Panią]

- Nie tym razem – śmieję się, bo wiedziałam, że pomyśli najpierw, że tam!

- Do SPA? – trochę zaskoczona, a nawet jakby zawiedziona, że tak nieoryginalnie

- Ja pracować jadę, a nie byczyć się!

- Jakiś surviwal? – ożywiła się trochę, bo jej zdaniem to by do mnie zdaje się dużo bardziej pasowało, niż hotel z plażą.

Musiałam się sekundę zastanowić
Można by poniekąd tak to nazwać – odpowiedziałam z wahaniem.
- No, dobra, to gdzie jedziesz? – miało być 3 strzały, były, więc czas na informację.

- (…) [tu pada określenie tego miejsca] – Tylko zachowaj to dla siebie – zastrzegam, choć nie do końca wiem dlaczego.

- ...I tak by mi nikt nie uwierzył… - odpowiada, z lekko uchyloną paszczą.

c.d.n.

p.s. uprasza się osoby, którym wiadomo, gdzie jestem, o niezdradzenie tego faktu w komentarzach. To samo dotyczy tych, którzy się domyślą przed 30 listopada. A 30 listopada ogłoszę, gdzie jestemJ

piątek, 25 lipca 2014

Granice wyznaczane... no właśnie: czym?

Chciałam zatytułować post "Granice wyznaczane odpornością na chamstwo". Ale powstrzymałam się, ponieważ ten tytuł z góry promuje pewną tezę, a ja właściwie nadal się waham, jakie granice zostały przekroczone. I czy tylko raz, czy dwa razy?
 
Otóż załóżmy, że promotor czyta pracę magisterską swojego seminarzysty. Praca zostawia wiele do życzenia, a seminarzysta ignoruje kolejne korekty. Dlatego promotor, załóżmy, proponuje, aby seminarzysta rozważył zmianę tematu lub zmianę promotora.
 
Na co promotor otrzymuje, załóżmy, taką odpowiedź:
 
"Dziękuję za informacje, jednak nie ma szans bym rozważył nowy temat lub zmianę promotora, powiem wprost może mi Pani dać 3, chcę skończyć te studia i mieć to z głowy, nie sram pieniędzmi, więc mi się nie uśmiecha płacić za przedłużenie sesji (...) (1) pisałem od początku roku tą pracę, poświęciłem wiele czasu, użyłem wiele materiałów, mogę na podstawie tej pracy ewentualnie mój drugi temat użyć, o moralności. Wtedy znika mi cała kwestia prawna. (2) Choć tak jak piszę wyżej, mi zależy by zakończyć te studia, a Pani mi to utrudnia, cały czas, gdzie na innych uczelniach bym nie miał takich problemów. Jak już z Panią zacząłem, to i z Panią skończę tą pracę".
 
Co ma zrobić promotor, gdyby, załóżmy, znalazł się w takiej sytuacji? 
 
(Wyślę ten post do znajmoych, żeby mi odpowiedzili, co oni by zrobili. Jak odpowiedza, to napiszę w następnym poście, co sugerują)
 
Promotor rozważała, załóżmy, trzy opcje:
Po pierwsze: zignorować;
Po drugie: wyrzucić seminarzystę z seminarium;
Po trzecie: napisać wychowawczego maila z żądaniem przeprosin;
Po czwarte: odpisać merytorycznie, zaznaczając jedynie zastrzeżenia co do, hmmm, formy e-maila;
 
Załóżmy, że promotor wybiera czwartą opcję:
 
"Forma Pana e-maila, w szczególności użyte słownictwo, upoważnia mnie do pozostawienia go bez odpowiedzi. Mimo to - odpowiem.
Nie wiem, jak jest na innych uczelniach. Na tej uczelni na ocenę dostateczną trzeba zapracować tak samo, jak na każdą inną ocenę.
Co do zmiany zakresu tematu: usunięcie aspektów prawnych uniemożliwiło by obronę pracy w ramach seminarium z zakresu prawa.
(...) (1)

Jeśli stawianie wymagań dotyczacych jakości pracy nazywa Pan "utrudnianiem zakończenia studiów" przez Pana, to mam wątpliwości, czy jednakowo rozumiemy pojęcie "studiowanie". (...) (1)".
 
Promotor wybrał, jak założyliśmy, tę czwartą opcję, ale, załóżmy, nadal się zastanawia, czy słusznie.
Bo fakt, że seminarzysta przekroczył granice -
 
różne
 
- w tym granice dotyczące sposobu korespondencji pomiędzy semianrzystą, a promotorem lub między jakimikolwiek osobami w podobnej relacji;
- granice taktu;
- granice... no, można sobie dopowiedzieć-
 
to jest jasne.
 
Natomiast promotor waha się, czy, odpowiadając w ten sposob, nie przekroczył granic odporności na chamstwo?

p.s.
Jest jeszcze jedna kwestia.
Promotor ma, załóżmy, kilkunastu seminarzystów.
Właśnie skończyły się, załóżmy, obrony kilkuz nich.
Jest z nich dumny: mimo codzienneych obowiązków, pracy, dzieci, psów, ślubów, pogrzebow i urodzin, wykonali dobrą robotę. Ich prace są pyszne, na wysokim poziomie, ich wypowiedzi na obronach świadczą o tym, że to to są i wyedukowani i mądzrzy ludzie. Duma rozpiera... Czy przypadkiem obowiązkiem promotora (mniejsza o to czy moralnym, zwykło-ludzkim czy innej kategorii) nie jest wywalenie seminarzysty, ktory "nie sra pieniędzmi" na zbity pysk, z seminarium...?

________
(1) usnęłam fragment, który mogłby sugerować, że seminarzysta jest nie tylko osobą prawdziwą, ale nawet zupelnie teoretycznie, możliwą do zidentyfikowania;
(2) seminarium obejmuje tematykę prawną

czwartek, 17 lipca 2014

Głodówka - p.s.

Skoro brakuje Wam opisu pierwszego dnia "po", to uzupełniam:
 
Rano długo śpię. Celowo, ponieważ... - o tym za chwilę.
Wstaję i jadę do centrum miasta. Mam już wcześniej upatrzoną do tego celu restaurację.
Wchodzę i z niecierpliwością czekam na kelnera. Przychodzi z kartą dań, ale to zbędne, ponieważ ja wiem, czego chcę.
- Kotlet schabowy, ziemniaki i kapusta
Dlatego rano długo spałam: trudno się spodziewać, żeby restauracje już od 8.00 rano serwowały kotlety. Wolałam spać, niż czekać, aż nadejdą godziny przynajmniej wczesnoobiadowe....
 
.....
 
....
 
....
 
....dobra.... Żartowałam.
 
Zacznę jeszcze raz:)
Rano budzę się koło piątej. Na zewnątrz świeci słońce i przebija się mocno przez liście do stołu z zielonym obrusem. To będzie uroczystość: wyciskam sok z wielkiego gejpfruta i biorę Gerberek: starte jabłko z czymś tam (ale nie z twarożkiem, z czymś także owocowym lub warzywnym).
Wychodzę na zewnątrz, do słońca. Siadam przy stole. Zaczyna się moja uroczystość. Wyobrażam sobie, że stoję na scenie i słcuham, jak ktoś wlaśnie zapowiada moje wystąpienie. Klaniam się, podnoszę dłoń w gescie powitania i mowię kilka powitalnych słów do audytorium. Wszyscy się uśmiechają, ja też. Oklaski. Kurtyna opada. A ja biorę do ust pierwszy łyk soku. Nie połykam od razu, rozprowadzam w ustach i delektuję się jego owocowością i odmiennoscią od smaku klasycznej wody mineralnej. Jest PYSZNY. Bardzo powoli wypijam jeszcze kilka łyków i odstawiam szklankę. Wsłuchuję się w siebie, myśląc chyba, że usłyszę wiwaty w sobie na cześć przepływającego soku. Mija kilka minut i bardzo powoli odkręcam wieczko słoika i degustuję kilka łyżeczek przecieru jabłkowego. Patrzę do góry, wyobrażając sobie to, że właśnie przepływam pod wysoką bramą. Od tej chwili, w łupince z grejpfruta, pod żaglem z ćwiartki jabłka, płynę do normalnego świata.

wtorek, 1 lipca 2014

Granica zapomnienia

W "Małej księdze wielkich pytań" Gregory'ego Stocka przeczytałam następujące pytanie:

"Gdybyś mógł spędzić rok w doskonałym szczęściu, lecz później niczego z tego nie pamiętać - czy tego chciałbyś?"
 
Kiedy je przeczytałam, przypomniał mi się dowcip:
 
U kiepskiego pisarza pojawił się diabeł: - Mam propozycję. Będziesz pisał 5 bestselerów rocznie przez najbliższe 5 lat. Każdy z nich sprzeda się w milionowych nakładach. Ale wzamian za to umrą wszyscy członkowie twojej rodziny. Rozważ to. Pisarz zaczął rozmyślać: "5 bestsererów rocznie... umrą wszyscy z rodziny... Zaraz, 5 rocznie przez 5 lat... a rodzina cała wymrze... Nie rozumiem gdzie tu haczyk??"

Podobnie jest z tym pytaniem Stock'a: logicznym było by wziąć ten rok szczęścia i jeszcze ukłonić się pięknie. Nie ma żadnych poszkodowanych, żadnych warunków... Prócz zapomnienia. No właśnie. Jednak się waham.
A Ty? 
Człowiek ma straszliwą potrzebę pamiętania, co wiąże się z dokliwą potrzebą trwania. Co to za szczęście, jeśli nie będzie można go wspominać, opowiadać o nim i czerpać z niego przyjemności nawet wtedy, gdy się skończy? Nie liczy się każdy z 365 dni szczęścia, jeśli nie będzie się o nim PÓŹNIEJ pamiętać.
 
Podobnie człowiek nie móglby się cieszyć szczęściem, gdyby wiedział, że dokładnie po roku cudowności - umrze.
 
Mimo, że jesteśmy towarem nietrwałym, o mocno krotkim terminie przydatności, mamy wbudowaną potrzebę zapamiętania - w swoich dziełach, przez multiplikowanie swojego DNA, przez oddawanie swoich organów na cele naukowe. Znajdujemy uspokajające metody utrwalenia się i protezy zapisania się w świecie. W najgorszym razie człowiek chociaż na jakiejś ścianie nabazgrze: "tu byłem".
 
Ta przypadłość jest przykra szczegolnie wtedy, gdy się dowiesz, że zostało Ci dwa miesiące zycia. Albo rok - wszystko jedno w zasadzie.
 
Jak nie dać się pochłonąć przez obietnicę rychłej śmierci i żyć wyjątkowo szczęśliwie?
 
I na przejście tej granicy jest metoda.

Trzeba umierać wielokrotnie. Żeganć się tak często, jak to możliwe. W szczegolności ze sobą.
 
Powiedzmy, że wyznaczono mi trzy miesiące życia, za pośrednictwem wymownego zdania, że powinnam w tym czasie skupić się na "załatwieniu swoich spraw".

Wpisuję datę w kalendarzu. Wyznaczam sobie te trzy miesiące. Datę swojej śmierci. A jak nie umrę? To nic. Zrobię sobie małą uroczystość "pogrzebowo-pożegnalną" i wyznaczę kolejne trzy miesiące. Jeśli nie będę umierać, będę kolekcjonować te "śmierci".
 
Aż do dnia, kiedy kolekcja będzie kompletna, a ja umrę. Przecież to się kiedyś w końcu zdarzy.

...najbliższa data nie przypada wcale za trzy miesiące. Nie podam jej.

Czy chciałabym przeżyć rok wielkiego szczęścia, nawet, jeśli potem bym o tym nie pamiętała? Tak. Uczyniłabym ten rok okresem badań i poszukiwania metody zapamiętania go, bez pamięci. To jest silniejsze od człowieka...
 











piątek, 27 czerwca 2014

Głodówka Dzień 9 i ostatni

DZIEŃ DZIEWIĄTY - DZIEŃ LEKKIEJ CHMURKI
 
W dniu już nic mnie nie kusi, nic mi nie dolega:
 
nie klnę na nudę bez jedzenia;
nie fascynuję się stanem lekkiej euforii;
nie robię miny kota ze Shreka przed każdą kawiarnią pachnącą espresso;
nie upajam się spokojem i przyjemnym spowolnieniem upływu czasu;
nie uciekam w drugi szereg
ani nie wychodzę przed pierwszy;
 
Dzisiaj jest ostatni dzień, więc kontempluję:
 
wszystkie uroki i dobre strony głodówki, ciesząc się, że sporo z tego dobrego przy mnie zostanie, 
a jednocześnie
wszystkie uroki powrotu do "normalnego" życia, ciesząc się, że będzie trochę inne, niż przed głodowką.
 
Jest tego trochę:
 
jasny umysł, odkurzony, zdefragmentowany, elegancki remont był się odbył
 
od-jaśnione, wewnętrznie i zewnętrznie, ciało
 
skasowane nawyki jadłospisowe - można się od poczatku nauczyć jeść.
 
Wspomaga w tym nie tylko tabula raza w żołądku. Lecz też jakaś zakładka w mózgu, która nie powstrzymuje przed śmieciowym jedzeniem metodą siłową, tylko powoduje, że go nie pragnę.
 
Niesamowity mechanizm: pozbywasz się złych nawyków. Zamiast metodą autotresury, metodą wymazania "błędnych instrukcji".

Przepływam do zwykłego świata na lekkiej chmurce.
 
Polecam.
 
KONIEC DNIA DZIEWIĄTEGO - DNIA LEKKIEJ CHMURKI

_________
Ja pojechałam pierwszy raz na głodówkę z Panią Agnieszką Olędzką i jej Zespołem.
Zobacz: www.glodowka.pl
Nie mialam tych objawów w pierwszych trzech dniach, jakie zostały opisane pod w/w adresem,  jednak to może być kwestia bardzo zindywidualizowana, więc warto przeczytać, co niektórych ludzi może czekać.
Wyjazd miał miejsce w 2010 roku i od tego czasu nie kontaktowałam się z prowadzącymi przedsięwzięcie, jednak, sądząc po tym, co mnie tam spotkało, polecam taką wycieczkę nad morze i do wewnątrz siebie chętnym podjąć wyzwanie.
Zastrzegam: proszę rozważać rzecz indywidualnie i w razie potrzeby konsultować się z zaufanym lekarzem.

czwartek, 26 czerwca 2014

Głodówka Dzień 8

DZIEŃ ÓSMY - DZIEŃ POKUSY
 
Wydawać by się mogło, że przedostatniego dnia to już "z górki". Błąd. Czujność siada i człowiek myśli: a może by tak jutro dać już spokoj? Zrobić sobie święto Ostatniego Dnia dzisiaj? Zastrzegłam, że nie będzie o medycynie, ale to jedno jest mi potrzebne powiedzieć: skrócenie o dziewiąty dzień, może uśmiercić kupę dobrych efektów głodówki. Więc racjonalnie wykluczone. Acz emocjonalnie człowiek chciałby sobie już wręczyć nagrodę. Tyle, że ósmego dnia ta nagroda to bedzie tak, jakby dostać zdechłego królika. Trzymając się metafory królika jako nagrody, dopiero dziewiątego dnia można liczyć na żywego.
 
Pokusa nie jest zbyt nachalna, bo kto by chciał dostac martwego królika? Dlatego przymykam na nią oczy i zajmuję się normalnym dniem, dzialaniem jednym za drugim, bo to nadal jest czas podany w prezencie przez Anioła, o ktorym pisałam parę postow temu. Wszytko jest wykonywane na wielce przyjemnej fali, bez presji. O, to się wkrótce skończy, wraz z głodowką. Szkoda...
 
KONIEC DNIA ÓSMEGO - DNIA POKUSY

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Głodówka Dzień 7

DZIEŃ SIÓDMY - DZIEŃ GNIEWU I WYZWOLENIA
 
To jest tak, jak z za długimi wakacjami: jest fajnie, ale chciało by się już wrócić.
 
To wynika także stąd, że jest niedziela i człowiek chciałby w poniedziałek rano ruszyć z kopyta, nowe otwarcie, a nie tkwić w procesie z zeszłego tygodnia.
 
Złoszczę się. Wszyscy wracają z wakacji. Sama też chciałabym wrócić. Jakby obawiając się, że coś mnie ominie. Ucieknie.
 
Śpię dużo, jak drugiego dnia. Tylko nie ze słabości, ale ze złości. Że niechby ten dzień już minął.
 
To pierwszy błąd. Jedną z najlepszych rzeczy w czasie głodowki jest to, że czas płynie wolniej. Nie narzeka się, że z niczym nie można zdążyć, że się jest w biegu. To zanika. Czas wraca do jakiejś pięknej normy, w której człowiek się nie spieszy, przeżywa wszystko dokładnie, wykonuje zadania rzetelnie, od A do Z. Wyobrażasz sobie to uczucie? Nagle czas przestaje Cię gonić.
 
Już przekroczyłam tę granicę, chcę zakończyć drogę, zjada mnie złość. Tym bardziej, że nie da się nawet ulec żadnej pokusie - WIADOMO, że siódmego dnia nie można skończyć. Trudno ulec pokusie, skoro się nawet nie jest pokuszonym.
Ulżyłabym sobie, gdybym mogła powalczyć ze sobą; zobaczyć jak mózg łatwo wyszukuje preteksty, by przerwać:
 
- Dałeś radę, wystarczy;
- Już się oczyściłeś, po co Ci te dodatkowe dni?
- Lepiej się zabrać za wydawanie energii, jaką nagromadziłeś;
 
I tak dalej. Przeklęty, niekiedy, ten mózg.
 
Czy lepiej zrobić coś, żeby ten dzień już minął, czy go jakoś sensowanie wykrzystać. Pojawia się światełko w tunelu, myśl: a może by tak zabrać się za jakieś złożone zadanie, mocniejsze wyzwanie?

Intelektualnie rzecz biorąc, odpowiedź jest oczywista: naturalnie, że lepiej go jakoś wykorzystać. W praktyce jednak rozgrywasz w swojej głowie jakby mecz tenisa: położyć się, kichać na rozsądek i sprobować zasnąć czy siąść do zadania, na wściekło.

Eksperymentalnie, siadam do zadania.
 
...
 
Po czterech godzinach jest wykonane. I to od ręki. Bez męczarni tworzenia. Wszystko, co ułożone w głowie, po prostu spłynęło na papier.

Jestem zachwycona. To jest wyzwolenie.
W połowie siodmego dnia albo poddasz się gniewowi albo przełamiesz gniew i wyzwolisz się.

To byłą niespodziewana, ukryta granica, do przejścia. Jestem już po jej drugiej stronie.

 
KONIEC DNIA SIÓDMEGO - DNIA GNIEWU I WYZWOLENIA

Głodówka Dzień 6

DZIEŃ SZÓSTY - DZIEŃ EUFORII.
 
Na pierwszej mojej głodówce, wyjazdowej, z doświadczonymi prowadzącymi i w towarzystwie lekarza, opowiadał nam, że około szóstego dnia pojawia się lekki stan euforii. Wskutek jakichś procesów chemicznych. I rzeczywiście tak jest. W coraz bardziej szarzejącego krajobrazu dni bez jedzenia, ten dzień przybiera wszystkie kolory tęczy. Jak wielkie płótno, na które człowiek w uniesieniu rzuca farbami, a te rozchlapują się przypadkowo, ślicznie, jakby motyle rozkładały skrzydła.
 
Człowiek żyje szybko i płynnie. Nie nawet jakby był w pierszym rzędzie, ale jakby wystąpił i przed pierwszy szereg. Myśli są jasne. Zrobiłam sobie długi spacer z moimi myślami, wyłapując je, segregując wedłu spraw, układając pomysły, a dla rozrywki podłuchując muzyki.
 
Mam trzy godziny wykładów dla moich studentów. Prowadzi mi się go lekko, angażuję cih, zadając pytania i prowokując do wnioskowania na podstawie tego, czego nauczyłam ich dwadzieścia minut wcześniej. Myślę, że jesteśmy zgraną paczką, jako wykładowca i słuchacze. Idzie coraz sprawniej. Czuję, że zbliżam się, krok za krokiem do profesora Michaela Sandela.
 
Wieczorem kontenpluję jeszcze resztki tego dnia, siedzą na balonie i głaszcząc łażące tu i tam, kładące się w możliwie najcieplejszych kątach, koty.
 
KONIEC DNIA SZÓSTEGO - DNIA EUFORII

sobota, 21 czerwca 2014

Głodówka Dzień 5


DZIEŃ PIĄTY - KAWOWY

Mam określenie na to uczucie: "nudzi mi się za jedzeniem”. W dniach głodówki robią się dziury, po tych chwilach, kiedy w "normalnym" życiu się je. Przeznacza się je na  wypad do restauracyjki albo lodówki. Wiem, że „nudzenie się za jedzeniem”, jest lekko niepoprawne gramatycznie, ale nic nie poradzę. To jest najtrafniejsze określenie pod słońcem i trudno by mi było od niego odstąpić. Zresztą jeśli znajdę inne, to i tak to będzie neologizm, bo to doświadczenie jest nietypowe.

Pierwszy symptom tego "nudzenia się" bez jedzenia, objawia się jednakowo: marzę o filiżance kawy:) Robię śliskie oczy do co drugiej kawiarni.

Pracuje mi się już standardowo dobrze. A nawet ponadstandardowo dobrze, bo bez presji. Założyłam sobie, że w te dziewięć dni będzie mi się trudniej pracowało i prawdopodobnie nić twórczego nie zrobię. Bo to czas wielkiego sprzątania w ciele i głowie i dałam sobie na to przyzwolenie (nb danie sobie takiego przyzwolenia to także niezłe wyzwanie). Dlatego każde zadanie, które wykonuję, z czystej radości jego wykonywania, bo „mi się po prostu chce” jest wykonywane jakby w czasie danym w prezencie. To tak, jakby człowiek miał jutro deadline, wychodził ze skóry, martwił się, że da rady wszystkiego sprawdzić porządnie przed wysłaniem... Aż tu nagle spływa anioł z nieba i mówi: masz szansę, wstrzymuję bieg czasu, a ty działaj w te dodatkowe trzy dni, nie wliczane do rejestru życia.
Ile razy to się człowiek modlił o takiego anioła albo klął, że niezależnie od terminu wykonania zadania, zabrakło mu dosłownie jednego dnia.

Pracuję nad tekstami, komentarzami i innymi dziełami upapierowionymi i mam z tego kupę radości.

KONIEC DNIA PIĄTEGO - KAWOWEGO

Głodówka Dzień 4

DZIEŃ CZWARTY - WYMIENNIKOWNIA
 
Rzeczywiście, pojawił się ten sen, jakiż wierny, powracający przy każdej głodówce. Raz dotyczy kawałka ciasta, raz lampki wina, a tym razem pomidorka czereśniowego.
Śni mi się, że rozmawiam z kimś, dyskusja angażująca i taka zagadana, poczestowana, machinalnie zjadam jakiś drobiazg. Przeyłkam kęs i zamieram.. Przypominam sobie o głodowce i nie wiem, co zrobić: bo żołądek już obudziłam, budzi się nawet na jednego Tik-Taka. Wpadam w panikę: bo co teraz? Kontynuować się nie da, bo rytm został zaburzony i proces przerwany. Od poczatku zaczynać? Nie jestem przygotowana psychicznie na to, by przedłużyć głodówkę o kilka dni, nie mam tego w planach i "nie czuję" tego... Bardzo trudny sen. Dobrze jest się zbudzić i sprawdzić, że proces trwa. Żaden pomidor go nie zatrzymał.
 
Zwracam uwagę, że to nie ma nic wspolnego ze snami zwyczajnie bardzo głodnych ludzi, którzy we śnie pałaszują kotlety schabowe, gotowane marchewki, frytki, ryby, kalafiory czy szarlotki... Nb ciekawe, czy są jakieś kategorie jedzenia, ktore "zwykle" śni się głodnym ludziom. Naprawdę głodnym, cierpiącym.
 
Ten mój sen jest zupełnie innego rodzaju niż sny głodnych. Zjadam w nim jakiś drobiazg przez nieuwagę, zagadana przez rozmówcę, zapominam, że nie jem.
 
Zresztą to mnie nie dziwi, że zjadam przez nieuwagę, zagadana. Bo podczas głodowki odkrywa się, w jak znacznym stopniu jedzenie jest czynnością społeczną, a nie fizjologiczną Spostrzegam, że mimo braku głodu, jak pojawiam się w mieście, to tak chętnie skoczyłabym do kawiarni na espresso... Jeśli jestem z kimś znajomym, to chcialabym iść z nim razem do restauracji. Z samej potrzeby rytuału WSPÓLNEGO jedzenia.
 
Określam ten dzień Dniem Wymiennikownią, ponieważ tego dnia umysł wraca do formy, za to ciało wyhamowuje. Mogę pracować nad swoimi zadaniami, nazwijmy to, intelektualnymi, bez przestojów i przesuwania mnie "do drugiego rzedu" przez mój własny mózg. Za to inna sfera doznaje zwolnienia: ciało. Wszytko robi się sprawnie, tylko zauważalnie wolniej. Idę po schodach, zakladam kosmyk włosów za ucho, biegam, bo i to mogę bez problemów, ale wszystko to o - dajmy na to - 20 % wolniej. To jest trochę tak, jakby się przyciskało gaz do dechy, jadąc samochodem pod górę, a on wyciągał maksymalnie 40 km/h. Nic strasznego (w przypadku samochodu to nie wiem, mowię o ciele). Fala spowolnienia opuściła już mózg, przeszla na resztę ciała. Doszło do "wymiany przedmiotu spowolnienia".
 
KONIEC DNIA CZWARTEGO - WYMIENNIKOWNI

czwartek, 19 czerwca 2014

Głodówka Dzień 3

DZIEŃ TRZECI - DZIEŃ ŚWIATOWY
 
O ile na drugi dzień głodówki lepiej niczego sobie szczególnego nie planować, zwłaszcza spotkań czy wystąpień, o tyle dzień trzeci jest dobry na załatwianie wszystkich spraw. Morfeusz zapadł się pod ziemię, jestem od szóstej na nogach i energicznie ruszam do miasta i do dzieła. Mam jedną ważną prezentację. Od wejścia zagarniam dla siebie butelkę wody mineralnej ze stołu i siadam. Czuję się czysta. Nic mi w ciele nie przeszkadza, a umysł jest wolny od nadmiaru adrenaliny, który zwykle towarzyszy ważnym spotkaniom. Wszystko układa mi się w głowie gładko i spokojnie, jak na fali najczystszej oliwy z oliwek. Prezentacja wychodzi elegancko, jestem zadowolona i zasuwam dalej.
 
Czasem, gdy jestem zmęczona, wrzucam się w taksówkę i jadę załatwiać sprawy. Tym razem jest mi lekko, ani grama zmęczenia, kupuję bilet całodzienny, bo zamierzam pojeździć po mieście i pozałatwiać wszystkie zalegle sprawy. Jest mi dobrze, bo nic mnie nie denerwuje. Świat jakby sam zapraszał do współpracy: spodziewam się kolejki w urzędzie, a tu nici, jedna osoba, czekam trzy minuty i za mną też nie ma ludzi, więc urzędniczka może mi poświęcić czas, odpowiedzieć na wszystkie pytania i jeszcze doradzić.
 
Sprawy idą po kolei, jak z płatka.
 
Wieczorem, w domu, czekają na mnie przewiezione przez Panią Beatę słoiki z konfiturami truskawkowymi. Patrzę na nie z radością: są takie śniadania, albo drugie śniadania albo nawet obiady w domu, kiedy polewam jogurt naturalny tymi konfiturami i letni posiłek wygląda tak, że powinno się go sfotografować do czasopisma kulinarnego. Jak wyjdę z głodówki to właśnie taki będzie na mnie czekał, któregoś dnia.
 
Zasypiam, znów wcześnie i znów zmęczona: nie wiem czy wskutek głodówki taka szybciej bezenergetyczna czy znów natłok spraw w ciągu dnia dał mi popalić. Ciekawa jestem czy, jak każdego roku w czasie głodówki, przyśni mi się nocą TEN sen...
 
KONIEC TRZECIEGO DNIA - DNIA ŚWIATOWEGO

Głodówka Dzień 2

Pierwszy dzień głódówki nazwałabym Dniem Zamykania Bram.
Drugi to Dzień Morfeusza.
 
DZIEŃ DRUGI - DZIEŃ MORFEUSZA
 
Budzę się, jak zwykle, koło piątej. Nie zawsze wstaję o takiej porze, ale zawsze się budzę. Żeby móc zdecydować: czy dziś trzeba wstać czy dziś można dłużej spać.
Mogłabym popracować nad książką, świt jest do tego dobry, ale czuję, że chcę leżeć i myśleć, albo znów zasnąć. Zdecydowanie nie mam ochoty być w pionie. Dokładnie tymi słowami myślę. Zasypiam.
 
Budzę się koło dziesiątej. Jest słoneczko na balkonie. Tym razem mam ochotę zebrać się jak najszybciej i siąść do komputera. Praca idzie dobrze. Aż... po kilkudziesięciu minutach jakby mi bateria siadła. Myślę wolniej: czuję się tak, jakby ktoś mnie przesadził z pierwszego rzędu, do drugiego, odgrodzonego od tego pierwszego szybą. Wszystko widzę, wiem, jakie trzeba podjąć działania, ale nie mogę tego wykonać. Uznaję, że w takiej sytuacji możliwy jest tylko sen.
 
Oprócz zwykłych codziennych snów, są Sny Wakacyjne. Pojawiają się, kiedy człowiek wyjedzie w góry albo nad morze albo gdziekolwiek indziej z zamiarem odpoczynku. Wtedy coś daje sygnał i otwiera się krypta Snów Wakacyjnych. Zwykle to są koszmary, odbywa się sprzątanie głowy. Trwają trzy, cztery, czasem pięć nocy i jak się skończą, człowiek ma wrażenie, że jego myśli są czyste, jak dom po wizycie Pani Beaty, która sprząta. W Dniu Morfeusza także przychodzą Sny Wakacyjne. Wyrzucam w nich wszystkie obawy, których nie chcę wyrazić na głos, ani nawet nie dopuszczam ich do świadomości. Wyskakują w snach i znikają albo przyprowadzają ze sobą rozwiązania - już na jawie.
 
Budzę się po póltorej godziny. Znów siadam do pracy i odtąd cały dzień tak wygląda: półtorej godziny pracy, półtorej godziny snu. To najdziwniejszy dzień z całej głodówki. Co ciekawe, te mnóstwa snu nie przeszkadzają zasnąć wieczorem i spać jak kot, do rana.
 
KONIEC DRUGIEGO DNIA GŁODOWKI - DNIA MORFEUSZA

wtorek, 17 czerwca 2014

Głodówka

Medycy rzucają się sobie do oczu, krzycząc, że jest "zbawienna" lub "zabójcza".
Ja nie będę pisać o medycynie. Zostawiam to im. Zajmę się tylko sobą: napiszę, gdzie wędruje duch i  ciało, gdy się jest na głodówce.
 
- Chcesz kanapkę?
- Nie, dziekuję. Jestem w trakcie głodowki.
- To znaczy co? Same soki pijesz?
- Piję samą wodę.
- I nic nie jesz???
- Nic.
- Jak długo tak?
- Dziewięć dni.
- Nie, no, bez jaj....
 
Ile już razy tak konwersowalam?... To piąta głdówka (jedna rocznie). Gdzieś po drodze  opowiem o tej pierwszej, ale teraz ruszam z obecną. Jak to jest, nie jeść 9 dni, pić tylko wodę?
 
DZIEŃ PIERWSZY
 
Mój mózg został już nastawiony i przygotowany kilka dni wcześniej na to, że zaczynam głodówkę. Niestety nie był uprzejmy przekazać tego żołądkowi. Mam czasem wrażenie, że mózg i żołądek mają ze sobą na pieńku. Skutkiem tego rano żołądek radośnie mruczy w kierunku śniadania. Ignoruję to. Wiem, że wcześniej czy później dowie się, że zamykamy bramy.
I rzeczywiście, co prawda około 11.00 domaga się gwałtowniej, potężnym burczeniem, ale już w południe zorientował się lub dostał stosowną informację. Nie mruczy. Z roku na rok przestaje burczeć wcześniej: na poczatku poddawał się o 17.00, w zeszłym roku około 15.00, teraz już w samo południe.
 
Mam tę przewagę nad pierwszym razem, że WIEM, co się będzie działo. Pierwszym razem człowiek myśli to, co wszyscy inni, którzy słyszą o głodowce:
 
- Ja mogłbym nie jeść maksimum półtora dnia. Dziewięciu dni moja wyobraźnia w ogóle nie ogarnia.  
 
Co, którzy się zdecydowali pierwszy raz, też mawiają:
 
- Boję się, że nie dam rady.
 
Ten stres powoduje, że niekiedy rzeczywiście wysiadają. Wiem, jak to jest. Już niby doświadczona, po 4 latach, w marcu mialam nieudane podejście do głodowki. Psychicznie wysiadłam, pod ciężarem pytania: Czy tym razem także potrafię?
 
Myślę, że to jest tak samo jak z chodzeniem po rozżarzonych weglach Nigdy nie chodziłam i nie zrobię tego, póki nie uda mi się nastawić, że  potrafię. Inaczej jestem przekonana, że się poparzę. Wskutek wlasnej niepewności. W chwili, gdy to piszę, przejście po ścieżce z rozżarzonymi kamieniami nie mieści mi się w głowie. Jednak powoli kusi mnie: nowy znajomy organizuje takie przejścia przez rozżarzone kamienie, z całym rytualem i zabawą temu towarzyszącą. Los mruga do mnie okiem. Może. Kiedyś.
 
W samo południe żołądek cichnie. Teraz mam kilka godzin "spokoju" do wieczora, kiedy ani ciało ani umysł specjalnie nie reagują. Działam jak zwykle, załatwiając sprawy w urzędach i na uczelni.
Dopiero wieczór coś drgnie: położę się wcześniej. Nie wiem, czy bardziej zmęczona nawałem pracy w dzień, czy zaczyna się słynne zwalnianie tempa, na głodówce. Przymusowe, zbawienne wakacje, umysłu i ciała.
 
KONIEC PIERWSZEGO DNIA 

wtorek, 10 czerwca 2014

Był sobie świadek....


W piątek byłam zeznawać w charakterze świadka w sprawie karnej. Byłam ciekawa tego świadkowania, bo po moich badaniach naukowych, prowadzonych w sądach, inaczej patrzę na wymiar sprawiedliwości.

Sprawa ze 270 k.k. (1) (w skrócie chodziło o podrabianie podpisu). Fakty po krótce: Trzech wspólników w spółce. Podejrzewa się, że któryś z dwóch (wszędzie występowali razem) podrabiał podpis trzeciego na dokumentach.   

Kłopot w tym, że jeden z podejrzanych i ten ewentualnie podrabiany, nie dożywają procesu. Pozostaje trzeci i on jest oskarżonym w sprawie, w której zeznaję.

Jak to się stało, że jestem świadkiem? Otóż oskarżony jest w tej samej wspólnocie mieszkaniowej co ja. Często zresztą był w niej reprezentowany w niej przez drugiego, niedoszłego-zmarłego-oskarżonego. Obaj mieli „złą prasę” we wspólnocie z uwagi na niejasności przy sprzedaży mieszkań jej członkom. Poza tym pozostały przy życiu nie płaci za swoje lokale i wspólnota się z nim procesuje.

W chwili gdy mam zeznawać, spór nadal trwa. W zasadzie jestem kimś na kształt łącznika – mediatora, między oskarżonym, a wspólnotą. Z mojego punktu widzenia orzeczenie w sprawie karnej jest całkowicie obojętne. Nie jestem zainteresowana w żadnym wyniku – ani uniewinnieniu, ani skazaniu. Za to jestem bardzo zainteresowana, jak będzie wyglądała rozprawa.

Dla nieuświadomionych: świadek ma zeznawać o faktach. Czyli nie jakie są jego opinie lub co słyszał, lecz co WIE o faktach. Nastawiam się na takie właśnie zeznawanie. Sprawa jest stara i sądzę, że będę zeznawać kilka minut, ponieważ dobrze pamiętam tylko to, co miało znaczenie, w związku z tą sprawą, dla wspólnoty. Idę.

Zaczyna się rozprawa. Najpierw wyjaśnienia składa oskarżony, potem jestem wywołana, by stanąć przed barierką. (komentarze i myśli niewypowiedziane na głos podczas zeznawania, odnotowałam na karmelowo):

- Czy wie Pani o co chodzi w sprawie? – pyta sędzia

- Drogą eliminacji, ponieważ to jedyna sprawa, z którą mogę mieć do czynienia jeśli oskarżonym jest X, a ponadto widziałam na wokandzie, którego przepisu dotyczy oskarżenie.

- To proszę.

- Pamiętam tylko kilka faktów, ponieważ z mojego punktu widzenia zdarzenia te miały miejsce sto pięćdziesiąt lat temu.

- Proszę mówić konkretnie. To idzie do protokołu i później nie będzie wiadomo, czy mówi Pani dosłownie, czy w przenośni.

Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością będzie wiadomo, że to przenośnia - myślę. Oczywiście nie dzielę się tą uwagą z sądem. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że sędzia uznał to co powiedziałam za zbyt „wyluzowane”, może nawet aroganckie.

- To było dawno - poprawiam.

Jednocześnie mam w głowie, że użycie sformułowania „Z mojego punktu widzenia było to 150 lat temu” daleko lepiej oddaje moje pamięciowe zaangażowanie w sprawę, co może rzutować na ocenę stopnia szczegółowości zeznań, niż jak powiem, że to było „dawno”. Waham się, czy nie wyjaśniać tego sędziemu, ale uznaję, że potraktowałby to jako wchodzenie w polemikę. To nie jest rola świadka, więc zmilczam.

- Proszę dalej - sędzia

- Oskarżony X i nieżyjący Y przymierzali się do remontów w kamienicy, w której kupiłam mieszkanie. Zakwestionowałam możliwość ich wykonywania bez zgody większości właścicieli. X i Y zaprosili mnie na spotkanie i pokazali operat, z którego wynikało, że kamienica jest w złym stanie. Poprosiłam o kopię tego operatu i dostałam egzemplarz (lub jego kopię). Wynikające z niego informacje były dość „szokujące”, a na pewno nieznane innym nabywcom lokali, więc przedstawiłam je na zebraniu wspólnoty. Był tam wtedy też Y, jako reprezentant X.

Jakiś czas potem otrzymałam list, podpisany przez prezesa spółki w której X i Y byli wspólnikami, Pana Z. Było to żądanie zwrotu operatu. Odmówiłam listownie, wskazując, że egzemplarz został mi podarowany, jako dokument uzasadniający remonty. Ponownie dostałam takie wezwanie i ponownie, listownie, odmówiłam.

Po jakimś czasie otrzymałam telefon. Wspólnik Z przedstawił się i upewnił się, że to ja wysłałam do niego listy „w sprawie jakiegoś operatu”. Potwierdziłam, wskazując, że to są jedynie moje odpowiedzi na jego wezwania. Był zaskoczony. Powiedział, że nie ma nic wspólnego z kamienicą F, niczego do mnie nie wysyłał i czy mogłabym mu pokazać tenże operat, bo on w ogóle nie wie, o co może chodzić. Umówiłam się na spotkanie z jego synem (jak się okazało, chodziliśmy kiedyś do szkoły, ale nie utrzymywaliśmy kontaktów i nie mógł mnie poznać po obecnym nazwisku). Syn obejrzał operat, zapytał, czy chcę go zostawić. Odpowiedziałam, że owszem, bo w sumie już wszyscy odkryliśmy, jaki jest stan kamienicy. Pokwitował odbiór, obejrzał listy, które dostałam, stwierdził, że podpis na listach nie należy do jego ojca i czy zgodzę się zeznawać w prokuraturze. Zgodziłam się i zeznawałam. Na kolejnym zebraniu wspólnoty wspólnik Y wezwał mnie publicznie do oddania operatu, a ja mu odpowiedziałam: „Oddałam go temu, kto był podpisany na liście, a samym podpisem może zajmie się prokuratura”.

- Dlaczego Y miałby tak postąpić? – pyta sędzia.

- Nie wiem. Mam swoje zdanie na ten temat, ale to przypuszczenia, a nie fakty.

- To proszę się podzielić przypuszczeniami.

Myślę: Tego się nie spodziewałam. Opinia jest trudniejsza do wyłożenia, niż te kilka faktów, a na dodatek wymagałaby, dla swojego uzasadnienia szerszego opisania tła sprawy. Zacukałam się: podać opinię, czy najpierw całe tło, które ją uzasadnia? Przypominam sobie jednak, co mówili sędziowie cywiliści: że chcą pytać o okoliczności towarzyszące, bo to umieszcza sprawę w kontekście. To im bardzo pomaga i czują się niekomfortowo, kiedy nie mają na to czasu, bo wokanda goni. Na tej wokandzie jest czas: to ostatnia rozprawa tego dnia. Z szacunkiem patrzę na sędziego: chce szukać prawdy posuwając się śladem opinii świadków, bo a nuż mu coś podsuną. Sama opinia świadka nie jest dowodem, ale może nakierować na coś, co trzeba w sprawie zbadać. Ponadto widzę, że sędzia wacha się, czy jestem wiarygodna. Chce to przetestować, słuchając, jaką opinię zbudowałam i czy potrafię ją uzasadnić. Na marginesie dostrzegam, że nie odpowiada mu mój głos. Wielu osobom nie odpowiada, bo jest donośny i przez to konfrontacyjny. Żebym nawet poprosiła o dwa kilo jabłek na targu, to brzmi to prawie jakbym wszczynała awanturę. To nie sprzyja wiarygodności. A szkoda, bo z wiekiem moje opinie są coraz bardzie wyważone. Można powiedzieć, że mam teraz bardzo „kubistyczne” spojrzenie na sprawy, czyli uwzględniające więcej perspektyw patrzenia na sprawę.

Żeby była jasność: to nie ma nic wspólnego z konstatacją, że „sędzia mnie nie lubi”. Każde „lubi”, „nie lubi” w relacji sędzia – strona, jest infantylne. Sędzia ma setki spraw. Weź i „lub”, ewentualnie „nie lub” setek osób, które przewijają ci się przez salę rozpraw. Za to czuję, że on uważa, że jestem zbyt pewna siebie i że mam podstawy być stronnicza. Dobra, idę dalej.)

- Wspólnik Y wielokrotnie kręcił i mijał się z prawdą. Chciał wspólnocie wmówić najpierw, że musi zapłacić za ten operat, potem znów twierdził, że spółka go zamówiła i usiłował go wspólnocie sprzedać…. – co to ma do rzeczy, myślę, jednocześnie zeznając - zaczęłam od d….y strony. Wyjęłam jakiś fakt ze środka, który się sam, poza całością kontekstu, kupy nie trzyma. Kontynuuję chwilę, przytaczając fakty, które wskazują, że Y był oszustem.
Sędzia w pewnym momencie, kiedy się zawiesiłam od tego jednoczesnego myślenia, mówi:

- Ta teza się nie broni. Po co Z chciałby zobaczyć operat, który go nie dotyczy?

Podoba mi się to zdanie. Kolejny punkt dla sędziego. Pierwszy był za poszukiwanie tła sprawy. Drugi za wyważenie: nie mówi, że moje uzasadnienie jest kiepskie, tylko „teza się nie broni”. Bezosobowo. Pewnie wie, że krytykowanie osoby, a nie jej działania, powoduje tylko, że osoba się zamyka i przybiera pozę obronną, a wtedy już nic się człowiek sensownego od niej nie dowie. Wie to z doświadczenia czy ze szkoleń? Chętnie bym zapytała, ale to oczywiście nie wchodzi w grę, zza barierki dla świadków.

Uświadamiam sobie, że sędzia może myśleć, że ja twierdzę że oskarżony X (lub nieżywy Y) podrobili podpis. A to nie tak. Ja twierdzę jedynie, że wysoce prawdopodobne jest, bo wynika to z faktów i doświadczenia życiowego, że Z nie podpisał się sam i nie znal tych pism. Lub że podpisał dokumenty, które mu podsunięto, nie czytając ich. To jest też możliwe.

Tymczasem uwaga sędziego „Po co Z chciałby zobaczyć operat, który go nie dotyczy?” i ta o „niebroniącej się” tezie, naprowadza mnie na właściwe tory:

- Gdybym ja dostała listy, w których ktoś pisze, że nie odda mi jakiegoś operatu, to zadzwoniłabym, żeby dowiedzieć się, o co chodzi. I zapewne chciałabym zobaczyć ten operat.

Wiem, że obraz przemawiałby mocniej, gdybym postawiła pytanie: „czy Pan sędzia, dostając taki list, nie zainteresowałby się o co chodzi i nie chciał zobaczyć operatu?”. Jednak stając wobec sądu, nie powinno się odwoływać bezpośrednio do sędziego. Taki zwyczaj.

Przychodzi mi do głowy jeszcze nośniejsza ilustracja sytuacji. Ale milczę, bo równocześnie zaskakuje mnie inna myśl: X siedzi na ławie oskarżonych. Jeśli nie ma innych dowodów, to bez nieżyjących Y i Z, kwestii podrobionego podpisu właściwie nie da się rozstrzygnąć. (Ratunkiem biegły grafolog, ale nie wiem, może jakieś przeszkody były w jego wykorzystaniu lub jego opinia nie była jednoznaczna?). Trzeba by zapytać o to wszystko także tych nieżyjących. Zobaczyć na żywo co i jak mówią w tej sprawie. Myślę, że sędzia może myśleć to samo i to jest „miękką” przesłanką do uniewinnienia oskarżonego. Nawet wobec istnienia świadka. I w tym miejscu zaczynam rozumieć różnicę między prawdą w sądzie, a prawdą faktów. Jestem przekonana, że Z nie podpisał tych dokumentów lub nie podpisał ich świadomie. Był tak autentyczny w pytaniach „o co mi chodzi z tym operatem”, że nie ulegało wątpliwości, że jest zaskoczony sytuacją. Krąg podrabiających mógł składać się tylko z X i Y, bo tylko oni kombinowali z kamienicą F. i starali się występować jako spółka, żeby się uwiarygodnić jako wykonujący ewentualny remont. Choć na koszt właścicieli. Nikt inny nie miał informacji o sprawie, ani interesu, by się nią zajmować. Jednak rozumiem, że sąd nie zna tych faktów i przemawia do mnie to, że nie chce orzec winy nie widząc i nie słysząc X i Z.

Pomijam więc ilustrację, która mi przychodzi do głowy i której użyłabym, gdybym koniecznie chciała dowodzić swojej racji: Otóż wyobraźmy sobie dwie sytuacje: że Z podpisał listy. I że Z nie podpisał listów.

Gdyby podpisał, to w jakim celu dzwoniłby do mnie i udawał, że nie podpisał? Nawet, gdyby chciał sobie „preparować świadka” na jakieś potrzeby mi nie znane, to machnąłby pewnie ręką, gdyby się dowiedział, że chodziłam z synem do szkoły – bo to może już rzutować na wiarygodność świadka jako niezależnego.

Gdyby nie podpisał listów, to czy otrzymując jakieś listy z informacją, że nie oddam mu jakiegoś operatu, o którym on nic nie wie, mógłby machnąć ręką? Stwierdzić: to mnie nie dotyczy. No, chciałabym zobaczyć któregoś z czytelników, który by tak zareagował…

Nie odrysowywałam przed sądem tych ilustracji. Dowiedzenie autentyczności przytaczanych faktów nie przesądziło by, czy oskarżony jest winny czy nie. (może drugi wspólnik podrobił podpis? Może nikt nie podrobił, a tylko podsunięto Z ten list do podpisu z plikiem innych papierów i on w zaufaniu wszystko podpisał bez czytania?).

Skończyłam zeznawać. Moim zdaniem sędzia nie uznał mojej tezy za wiarygodną. Słusznie, w świetle tych przypadkowo wybranych z całości tła okoliczności, które poznał i bez tych ilustracji, które mu darowałam. Nie wiem, jakie zapadło orzeczenie. Za to kiedy wyszłam, zdarzyło się coś jeszcze, co jest ważne na styku prawa i psychologii:

Po pierwsze, jak zdałam sobie sprawę, że mówię prawdę i mam rację, a jednocześnie prawdopodobnie sąd nie uznał mnie za wiarygodną, to poczułam ukłucie. Nie wiem, czy to było ukłucie złości, zażenowania, oburzenia, czy jakiekolwiek inne, ale odczulam je, mimo iż RACJONALNIE wiedziałam, dlaczego sędzia mógł nie dać wiary temu, co mówię. Odnotowuję odkrycie: mimo, iż rozumiemy działanie źle nas oceniającego, nie możemy się oprzeć uczuciu zażenowania, czujemy się urażeni!

Po drugie, nagle przypomniałam sobie jaki jeden fakt uwiarygodniał moją tezę. I to nie tezę, że Z nie podpisał dokumentów, ale tezę, że dokumenty podpisać X lub Y. Otarłam się o ten fakt, w pamięci, ale w krótkiej burzy, jaka się rozhulała w mojej głowie, kiedy sędzia zapytał o opinie i wnioski, tylko przypomniałam sobie ten fakt i nie uznałam wtedy, ze jest kluczowy.

Otóż, na tym kolejnym zebraniu, kiedy Y znów zażądał operatu i kiedy mu odpowiedziałam, że „oddałam temu, kto się podpisał i sprawą się zajmie prokurator”, Y, zwykle opanowany, spurpurowiał i wpadł w furię. Zaczął się miotać i odgrażać, aż inni go powstrzymali i ucichł, dość szybko zresztą, orientując się pewnie, że taka reakcja mówi sama za siebie.

Zapomniałam o tym… Ilu świadków, wychodząc z sali sądowej, przypomina sobie istotny dla rozstrzygnięcia fakt?...

Dzięki rozmowom z sędziami, nauczyłam się rozumieć konieczną różnicę między prawdą faktów i prawdą w sądzie – bez uszczerbku dla żadnej z nich. Po prostu istnieją dwie i jest to normalne. Ta pierwsza opuszcza salę sądową niewykryta, odchodząc wraz ze świadkami, którzy nie przypomnieli sobie na czas istotnych faktów, coś pominęli, nie przyszło im do głowy, że coś jest ważne. Rozumiem sędziów, jaki muszą mieć dylemat, próbując zbliżyć te dwie prawdy do siebie maksymalnie, na tyle, na ile pozwala im procedura.

_____________
w poprzedniej wersji posta omyłkowo podalam 127 k.k.