"Red Road"
Duńsko-brytyjski.
2006.
Niebywały.
To się nazywa przekraczanie granic.
Chyba wszystkich.
Opis krótki:
"Osiedle Red Road. Kilkadziesiąt kamer śledzących namiętności, tragedie i codzienne zmagania mieszkańców i dziewczyna Jackie, która po drugiej stronie się temu przygląda".
Intrygujące, bo w takim filmie może nie zdarzyć się nic. Będzie patrzeć i nic.
Z drugiej strony tak opisany film może zapowiadać nieskończoną ilość scenariuszy.
Od komedii, przez obyczajowy, triller po s-f.
Co się dostaje?
Najpierw zaskoczenie spokojem - na początku niby nic, a już jest coś trochę obiecująco.
Potem zaskoczenie niepokojem, jaki się wkrada.
Potem zaskoczenie tym, co robi bohaterka.
A potem zakoczenie tym, że się ją rozumie.
Zastanawiam się, czy to osobowość "borderline" czy to zachowanie borderline, które mogłoby zostać wywołane u każdej osoby w podobej sytuacji.
(dostępny na Kinoplex-ie, w ramach pakietu darmowego)
sobota, 18 kwietnia 2015
niedziela, 5 kwietnia 2015
Teatr bezgraniczny?
Ktoś będący jednocześnie artystą-zawodowcem i
prawnikiem, zapytał mnie o ocenę pracy reżysera teatralnego w świetle prawa
autorskiego.
Prawnicy piszą o tym niewiele, niejako na marginesie rozważań
prawnoautorskich.
Siegnęlam najpierw do ich wypowiedzi, a potem tam, gdzie trzeba szukać weryfikacji "prawniczych prawd" o sztuce teatralnej, czyli do wypowiedzi ludzi, którzy znają teatr teatralny, a nie teatr prawniczy.
Zacytuję wypowiedzi zaczerpnięte z komentarza do prawa autorskiego,
wydanego (wyd. V) pod redakcją profesorów Barty i Markiewicza:
„Kilka słów wyjaśnienia wymaga praca reżysera teatralnego. W razie
przeróbki utworu literackiego na dramatyczny, dokonywanej przez reżysera, mamy
do czynienia z oczywistą adaptacją, chronioną jako opracowanie. Praktyka od dawna
wyróżnia „zwykłą reżyserię" i inscenizację (znajduje to wyraz na afiszach
teatralnych). O inscenizacji mówi się wówczas, gdy interpretacja dzieła nabiera
cech adaptacji, to jest gdy inscenizator świadomie przesuwa akcenty w dramacie
(np. na pierwszy plan, nie zmieniając fabuły, wysuwa postaci, które w oryginale
są drugoplanowe), zmienia konstrukcję utworu. Inscenizacja polega często na
przystosowaniu sztuki na potrzeby nowego odbiorcy, nowym spojrzeniu na wiele
wartości zawartych w dziele teatralnym. Dlatego inscenizacja jest działalnością
twórczą prowadzącą do powstania opracowania. W odróżnieniu od niej, reżyseria
może polegać wyłącznie na prostym przygotowaniu sztuki do wystawienia na
konkretnej scenie, sprawnym technicznie poprowadzeniu aktorów, nadaniu „rytmu i
tempa" (także przez wprowadzenie pewnych skrótów), na zrealizowaniu
zamierzonych przez dramaturga walorów teatralnych. Taka zwykła reżyseria
stanowi przedmiot praw wykonawczych i wówczas reżyser powinien być zaliczony do
grona artystów wykonawców”.[1]
„W stosunku do utworów inspirowanych nie powstaje (…) problem obowiązku
dochowania wierności dziełu inspirującemu (…), ale jeżeli twórca inspirowany
czerpie główne wątki i postaci z utworu wcześniejszego, nadając im zupełnie
inną wymowę ideologiczną i artystyczną, to wyraźne wskazanie na utwór
inspirujący może naruszyć dobra osobiste jego twórcy. (…) Można stać na
stanowisku, że z chwilą przejęcia tytułu utworu pierwotnego i powołania się na
jego twórcę, bez bliższego wyjaśnienia związku obu tych utworów, powstaje
zawsze zobowiązanie do przekazania „materiału", który jest istotny dla
dzieła pierwotnego. Stąd twórca, który chciałby potraktować cudzy utwór bardzo
swobodnie, jedynie jako inspirację, powinien zrezygnować z nadawania swojemu
dziełu tytułu pierwowzoru lub powinien tak je oznaczyć, aby odbiorcy wiedzieli,
że ma zamiar przedstawić własne spojrzenie na problematykę zawartą w utworze
inspirującym. Zwłaszcza w nowoczesnym teatrze wyraźnie występuje tendencja do
konstruowania przez reżyserów własnych widowisk za pomocą cudzych słów, przy
czym tekst sztuki traktowany jest zupełnie luźno, jedynie jako kanwa słowna i
częściowo fabularna spektaklu. Aktorzy grają wówczas w zasadzie „przeciw
tekstowi", wydobywając z niego np. jedynie pewne archetypy religijne czy
kulturalne. Nienależyte oznaczenie w takiej sytuacji utworu inspirowanego
powoduje, że twórca dzieła inspirującego (…) może wystąpić z roszczeniem o
zaprzeczenie autorstwa. (…) W niektórych przypadkach takie wykorzystanie
cudzego utworu może być kwalifikowane jako „dzieło z zapożyczeniami".[2]
„Od dawna w doktrynie budzi kontrowersje ocena roli reżysera teatralnego.
Zależy ona od tego, jak potraktowany zostanie sam spektakl teatralny. Jeżeli
uznamy go za dzieło odrębne od wystawianego utworu dramatycznego (do czego
ustawa zdaje się stwarzać podstawy w art. 1 ust. 2 pkt 8), reżyser powinien być
uznany za twórcę w rozumieniu prawa autorskiego, a zarazem za osobę twórczo
współdziałającą w powstaniu wykonań. Jeżeli przedstawienie teatralne
potraktujemy jedynie jako wykonanie dzieła dramatycznego, reżyserowi przypada
tylko ta druga rola”.[3]
Z kolei zgodnie z poglądem Sądu Najwyższego, wystawienie sztuki scenicznej
traktowane jest jako realizacja dzieła w tej postaci, jaką nadał mu sam twórca:
„według utrwalonych w doktrynie poglądów wystawienie utworu scenicznego jest
dziełem sztuki odtwórczej i nie stanowi opracowania ani przeróbki utworu,
bowiem zasadą jest, że rozpowszechnianie tego typu utworów następuje przez ich
wystawianie na scenie".[4]
Tyle cytaty z prawników.
Teraz, zgodnie z moją własną metodą badań nad
prawem, sięgam do bezpośrednio do materii, o której prawo chce się wypowiadać,
a więc do reżyserii teatralnej i teatru.
Jakie instrumentarium ma do dyspozycji reżyser teatralny?
Po pierwsze „w teatrze mieszczą się wszelkie znane człowiekowi systemy
znakowe i formy komunikacji”.[5] Wiąże
się to bezpośrednio z definicją teatru: „teatr to sytuacja komunikacyjna,
wynikająca ze zgodnego założenia odbiorcy i wykonawcy, iż czas przeszły
(rzadziej: przyszły) odbiorcy, stanowi umową teraźniejszość fikcyjnej postaci
kreowanej przez wykonawcę, który zarazem udaje, że jest kimś innym, a ponadto,
że znajduje się w innej niż odbiorca przestrzeni”.[6]
Reżyser teatralny jest (nie)szczęśliwym człowiekiem, ponieważ ma niezliczoną ilość decyzji do podjęcia, na poziomie komunikacyjnym, jakim jest teatr.
Reżyser teatralny jest (nie)szczęśliwym człowiekiem, ponieważ ma niezliczoną ilość decyzji do podjęcia, na poziomie komunikacyjnym, jakim jest teatr.
Przykładowo, jednym z zasadniczych zadań reżysera teatralnego, jest
odpowiedni dobór „psychicznego kameleona”,[7] jakim
jest aktor. Musi się liczyć z tym, że aktor jest rodzajem łącznika, ma
umożliwić widzowi zadanie, jakim jest rekonstrukcja postaci. Wynika to stąd, że
„postać (…) to nie jakaś całościowo ukształtowana rzeczywista osobowość, lecz
rozproszenie i często zdawkowe informacje tekstowe”,[8] co
oznacza, że rekonstrukcja postaci z udziałem aktora, jest zadaniem widza i
wiąże się także z jego kompetencjami: „widz, na podstawie tych informacji, własnego
doświadczenia i wiedzy – rekonstruuje czy modeluje ową z natury szczątkową „osobowość”
w jakąś konkretną całość”.[9]
Aktor, będący łącznikiem między postacią a widzem, uruchamia w widzu pewien
proces, rozstrzygający o odbiorze przedstawienia. Reżyser teatralny wypowiada się w sferach, do których twórca dramatu sceniacznego nie ma dostępu: w sferze doboru aktora i sferze decyzji o tym, do jakiego adresata mówi. Musi podjąć w tym zakresie decyzję, skoro kompetencje widza decydują o odbiorze przedstawienia.
Kolejnym zadaniem – i możliwością – reżysera teatralnego, jest
zagospodarowanie tego, czego postać nie widzi. „W przedstawieniu mamy wiele
elementów, które nie istnieją w świecie fikcji, na przykład muzykę, której
postaci nie słyszą, aktorstwo, którego nie dostrzegają, czy światła
reflektorów, których nie widzą. Są to elementy zasygnalizowane widzom
bezpośrednio, to znaczy z pominięciem świadomości postaci i w ogóle z
pominięciem ich świata”.[10] Te
warstwy oddziaływania przez przedstawienie, nie mieszczą się, lub mieszczą się
w ograniczonym zakresie, w sztuce, która jest napisana na papierze. W tej sferze
– między innymi – może zupełnie zaginąć to, co prawnicy nazywają „zwykłą
reżyserią”, rozumiejąc przez to jedynie „wystawienie przez reżysera na scenie” sztuki napisanej.
Pól
działania reżysera teatralnego, jest wiele. Przytoczyłam tu, na dowod tego, właściwość
teatru jako sytuacji złożonej komunikacyjnie oraz jedną z właściwości
reżyserii teatralnej, polegającą na możliwości grania elementami widzianymi
przez widza i niewidzianymi przez postacie. Prezentując te przykładowe pola
wyboru w pracy reżyserskiej, chcę uświadomić, iż prawnicze widzenie świata
teatru jest zbyt uproszczone i może prowadzić do ryzykownych tez na temat tego,
czy reżyseria teatralna jest własną twórczością, czy wykonawstwem cudzej twórczości.
*
Moja studentka - jednocześnie prawnik i człowiek teatru - postanowiła napisać pracę na ten temat. Dla niej przygotowałam tę notatkę, sugerując drogę dwóch torów, którą jakiś czas temu sama odkryłam. Powinna podążać, moim zdaniem, chcąc dobrze zbadać temat: torem analizy prawnej i torem analizy tego, czym teatr reżysera teatralnego jest. Jednocześnie.
Moja studentka - jednocześnie prawnik i człowiek teatru - postanowiła napisać pracę na ten temat. Dla niej przygotowałam tę notatkę, sugerując drogę dwóch torów, którą jakiś czas temu sama odkryłam. Powinna podążać, moim zdaniem, chcąc dobrze zbadać temat: torem analizy prawnej i torem analizy tego, czym teatr reżysera teatralnego jest. Jednocześnie.
[1] Barta J. (red.), Markiewicz R. (red.), Czajkowska-Dąbrowska M., Ćwiąkalski
Z., Felchner K., Traple E., „Prawo autorskie i prawa pokrewne. Komentarz”, LEX,
2011, wyd. V, komentarz do art. 2, pkt 9 komentarza.
[5] Jerzy Limon, „Piąty
wymiar teatru”, wyd słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2006, s. 5
[6] Tamże.
[7] Określenie Jerzego
Limona. Tamże. s. 9
[8] Tamże s. 9-10
[9] Tamże s. 10
[10] Tamże s. 18
sobota, 13 grudnia 2014
Miejsce z Listy - odkrycie tajemnicy
Kto się domyślił, co to jest Miejsce z Listy, w ktorym się ukryłam?
...
...
...
To klasztor.
Miejsce z Listy to klasztor. Nie jakiś konkretny, ale jakikolwiek klasztor, do którego postanowiłam, że kiedyś przyjadę. Miał być odcinający od świata na jakieś 3 dni, no, może tydzień.
Tymczasem okazało się, że oderwałam się na miesiąc. Nie na modlitwę, nie na kontemplację, nie na odrzucenie świata - choć te wszystkie rzeczy można tu wykonać intesywnie, jak nigdzie indziej.
Tymczasem okazało się, że oderwałam się na miesiąc. Nie na modlitwę, nie na kontemplację, nie na odrzucenie świata - choć te wszystkie rzeczy można tu wykonać intesywnie, jak nigdzie indziej.
Ale ja tu przyjechałam po coś innego. Żeby uporać się z tą paraliżującą pięcioprocentówką tekstu.
zobacz pierwszy post nt Miejsca z Listy:
http://blog-o-przekraczaniu-granic.blogspot.com/2014/11/niezwyke-miejsce-z-listy.html
Nie wiedziałam wtedy, że ten wyjazd nie będzie dotyczył ilości, ale jakości. Jeśli pracuje się nad czymś 9-10 godzin dziennie, to pracuje się nad tym INACZEJ intelektualnie, w pełni, dociera się do sedna sprawy, do warstw, do ktorych nie ma szans się dokopać, pracując 2-3 godziny dziennie. Rozpraszając się innymi sprawami. Klientami. Wykładami. Kotami. Ludźmi. Psem. Kolacjami. Sniadaniami. Innymi....
To było jak codzienne zjeżdżanie windą do środka Ziemi.
To było jak codzienne zjeżdżanie windą do środka Ziemi.
Jeśli chcesz doznać tego, o czym piszę, dostania się w głąb ziemii i tematu, jaki chcesz rozgryźć, jedź tam:
Pustelnia Złotego Lasu:
piątek, 21 listopada 2014
Smak Czasu - w Miejscu z Listy (dzień 21)
(zobacz poprzednie trzy posty)
Czas zmienił się definitywnie. Nie ma charakteru liniowego tylko kulisty, albo lepiej powiedzieć: wieloprzestrzenny. Pory dnia nie są wyznaczane "normalnie" tylko dwoma posiłkami - niczym dwoma punktami, które jako jedyne jakoś utrzymują tę "prostą" w przestrzeni - i cyklami pisania. Po dwie, trzy godziny na raz.
Czas zmienił się definitywnie. Nie ma charakteru liniowego tylko kulisty, albo lepiej powiedzieć: wieloprzestrzenny. Pory dnia nie są wyznaczane "normalnie" tylko dwoma posiłkami - niczym dwoma punktami, które jako jedyne jakoś utrzymują tę "prostą" w przestrzeni - i cyklami pisania. Po dwie, trzy godziny na raz.
Sen to nie jest coś, co dzieje się od 23.00 do 7.00, sen to jest coś, co mi się przydarza. Ogromna ilość informacji i tworzenia, wymaga "zapisywania" i syntezy w częstszych porcjach snu, a nie w jednym dużym torcie snu, niepoporcjowanym. Częściej musi się zapisywać kopia zapasowa i częściej musi dochodzić do przesuwania pudełek, tyle ich tam teraz się, w głowie umieszcza.
piątek, 14 listopada 2014
Odwiedziny na Księżycu - Miejsce z Listy (dzień 14)
(zobacz poprzednie dwa posty)
To nie ja odwiedzam Księżyc,
to mnie odwiedzają na Księżycu.
Czternasty dzień w Miejscu
z Listy, a jutro mija połowa mojego czasu tutaj. Przysługują mi więc odwiedziny.
Dziś nie pracuję. Medytuję nad tym, co za mną, w tym Miejscu z Listy i nad tym
co przede mną, w tym Miejscu. Taka jedna „niedziela” w miesiącu. Czuję się
świątecznie: wraz z Najmilszym przybywa nowa kawa, nowa czekolada i możemy
wypić wino do obiadu, Najmilszy symbolicznie, ale tu dziś symbole są okropnie
ważne. Dwie godziny: Najmilszy składa mi dary, a ja odwdzięczam się mu słoikami
z buraczkami robionymi na trzy różne sposoby, słoikami ze smażonymi i duszonymi
warzywami, „chrupiącymi sosami” z ogórka, co by to nie było. Jest też miód
malinowy, tutejszy hit i rarytas wymiatany szybko z koszyków, jak tylko się
pojawią. Żeby była jasność: ręki nie przyłożyłam do wykonania tych
smakowitości. Autorem ich jest… no dobrze, to się okaże 30 listopada.
Ciepło i smacznie, liśćmi i
ogniem, pachnie zza okna. Gawędzimy sobie o filozofii prawa, co dla Najmilszego
(który nie jest prawnikiem) musi być pewnego rodzaju nowością i wyzwaniem.
Stopniowo przechodzimy do filozofii życia i tu mamy sobie po równo sporo do
powiedzenia.
Wkrótce widzę światła
odjeżdżającego samochodu, wyłamuję z tabliczki kostkę czekolady i siadam
dokończyć dumanie nad tyłem i przodem czasu, w którym akuratnie tkwię.
Jutro minie połowa czasu.
No to żarty się skończyły.
Czy ktoś wie, gdzie ja
jestem?
…
p.s. Nie, nie osadzono mnie
na miesiąc w więzieniu. To ślepa uliczka:)
sobota, 8 listopada 2014
Kosmiczny czas w Miejscu z listy (dzień 8)
Wyjechałam.
(zobacz poprzedni post)
Dziś zaczęłam drugi tydzień pobytu w Mijescu z Listy.
Po 10
godzin dziennie zajmuję się jedną pracą. To jest możliwe dlatego, że nie muszę
zajmować się niczym innym: jedzenie dostaję pod nosek, dwa razy dziennie, o
tych samych godzinach. Przerwy robię na kawę (tego czasu nie wliczam do tej
dziesiątki, więc można powiedzieć, że piszę 10 godzin netto). I jeszcze przerwy robię na wąchanie słonecznego
lub deszczowego powietrza przez okna połaciowe w dachu. I na spacery po okolicy,
fascynująco zorganizowanej, ale nie mogę powiedzieć jak, bo za wcześnie
jeszcze, żeby zdradzić, gdzie jestem.
Nikt się
mną nie interesuje, bo wszyscy wiedzą, po co tu przyjechałam i że nie szukam towarzystwa
ani zajęcia. Nawet przestrzeń mam wydzieloną bardziej własną niż inni. Takim
rezydent – duch. Co zresztą gdzie jak gdzie, ale tu nie budzi zdziwienia.
Dni moje są
jednakowe - w sensie organizacyjnym. Bo intelektualnie
to prawdziwe wycieczki „dookoła świata”. A ta jednakowść dni
powoduje coś, co znam z eksperymentów dotyczących czasu, o których czytałam.
Otóż dzieje tu się tak, jak kiedy nie ma się zegarka i świat zewnętrzny przestaje ingerować
w naturalny rytm człowieka. Nb z dwóch źródeł wiem o badaniach, które dowiodły,
że jeśli człowieka całkowicie wyizolować, bez żadnego miernika czasu i
odniesienia w przyrodzie (np. w bunkrze) to jego naturalny rytm nie stanowi 24
ale z grubsza 25 godzin. To powoduje np., że eksperymentator, który dał się
zamknąć na kilkadziesiąt dni, by zrobić samoobserwację, był wysoce zaskoczony,
że pewnego dnia ekipa zeszła po niego – uważał, że jest za wcześnie o dobrych
kilka dni, czy tygodni, nie pamiętam, bo żył w cyklu 25-godzinnym. [1]
A mój –
siłą rzeczy – eksperyment czasowy wygląda tak:
Minął jeden
tydzień, przede mną trzy tygodnie.
Czuję się,
jakbym się lekko oddaliła w kosmos. Jeszcze nie na tyle, by utracić kontakt z
miarami czasu, ale na tyle daleko, by już odczuć, że go wkrotce stracę. To jest
jedno z tych odczuć z dreszczykiem emocji: jakby boję się, ale też jestem
ciekawa, co łącznie daje efekt lekko podekscytowany.
Jestem
bardziej zanurzona w kwestiach czasu, niż mogłoby się wydawać. To dlatego, że
jednocześnie właśnie myślę i piszę o czasie pewnej kategorii osób, którymi zajmuję
się naukowo. To są ludzie, którzy poważnie cierpią z uwagi na deficyty czasu.
Jednocześnie mają potencjalną możliwość, by mieć
urlop 3 tygodniowy w jednym kawałku. Na koniec mojego pobytu tutaj i
im zdradzę, co to za miejsce. Mogliby tu wpaść z walizką swoich zadań i zobaczyć
jak to jest popracować samemu, w spokoju. Byliby oczarowani. Tak, jak ja
jestem.
[1] por. badania opisane w książce Stefana Kleina „Czas – przewodnik użytkownika”,
Warszawa 2009 oraz książce Ulricha Schnabela „Sztuka leniuchowania. O szczęściu
nicnierobienia”, Wydawnictwo MUZA SA 2014, seria SPECTRUM, s. 137 i nast. o
badaniach Ernsta Pöppela.
wtorek, 4 listopada 2014
Niezwykłe Miejsce z Listy
To, co teraz robię, a właściwie
gdzie jestem, też było na tej słynnej liście. Tej z „rzeczami do zrobienia w
życiu”, którą ma, a w każdym razie powinien mieć, każdy człowiek liczący się ze
sobą. A jednocześnie trochę sobie nie dowierzający. W każdym razie wolący zapisać,
czarno na białym, co ma do zrobienia w życiu.
To, gdzie teraz jestem, jest na
tej liście, obok przebiegnięcia Maratonu (wykonane), głodówki (wykonane) i
innych „wykonanych” bądź „jeszcze niewykonanych”. Tyle, że sądziłam, że
przybędę tu w innym celu i na mocno krócej, niż 30 dni. Miałam przyjechać do
takiego miejsca „kiedyś”. I to raczej w
ramach wakacji, a nie najintensywniejszej pracy. Jednak stało się inaczej.
Zaczęło się dość banalnie: od zaległości. Mam książkę do napisania. Właściwie ją
napisałam, ale brakuje mi 5 %. Zaś z książką to jest tak, że póki nie masz całej,
to w zasadzie wszystko jedno, czy masz już 95 % czy dopiero 1% - jest po prostu
nieskończona. A trudno pracować nad taką złożoną sprawą, tą w książce, „po
godzinach”, czyli po powrocie z wykładów albo z wydziału architektury, gdzie
załatwiałam jakąś sprawę związaną z pozwoleniem na budowę wieżowca w puszczy, dla
klienta. Trudno pracować „po godzinach”, kiedy w domu mi tak ktoś cudnie
gotuje, jak Najmilszy, zaprasza na długą kolację z jeszcze dłuższymi rozmowami,
a potem trzeba jeszcze oddać z kolei psu co pieskie – innymi słowy iść się
pobawić z Zachą. Mimo, że jest wielka, to mentalnie jest jeszcze małym pieskiem
i trzeba jej i zabawy i czułości.
Tak czy inaczej w tych okolicznościach domu i
przyrody, nie da się skończyć książki, nawet jeśli „prawie” gotowa. Zwłaszcza,
że, sprzecznie z zasadami logiki, a zgodnie z zasadami psychologii, to te 5 %
wydaje się wyraźnie trudniejsze i jakby większe, niż te 95% zrobione. Przy
Wielkim i Poważnym Zadaniu człowiek ma obawy przed jego skończeniem. Nieskończenie
zawsze jeszcze daje ochronę: „no przecież pracuję nad tym”, a skończenie
oznacza: „Teraz będę się musiał z tym pożegnać, wysłać to w świat, wystawiając
na ludzkie oczy i poniewierkę na ich językach”.
Mam nadzieję, że dość jasno
nakreśliłam sytuację i czytelnik zrozumie moc mego objawienia pewnego ranka: trzeba
odłożyć wszystko i zniknąć. Żeby wziąć się za bary z tą „pięcioprocentówką”.
Która ma wielką głowę, wielkie oczy i wielkie kły. Nie dać się jej zjeść, a
przeciwnie: skonsumować ją metodą „zjadania całego słonia”, czyli po plasterku.
Żadne „izolowanie się” w bibliotece (studenci, znajomi, koledzy z pracy) ani w
domu (mąż, koty, pies, świeże powietrze w jesiennym ogrodzie) nie przyniesie
skutku. Muszę wyjechać. I postanowiłam, że wyjadę tam, gdzie zamierzałam (było
na liście). Nie miałam żadnego adresu – tylko jasność co do tego, co to za
miejsce. Dopasowałam jakiś adres, po krótkich poszukiwaniach w Internecie i oznajmiłam
rzecz wspólniczce drogiej, dobrze mi życzącej.
- Gdzie to jest? – pyta wspólniczka
- A, nie ma tak, zgadnij. Masz
trzy strzały. Podpowiem tylko, że jadę pisać – zna mnie nieźle, ale nie ma
bola, nie zgadnie, pomyślałam.
- Do (…) [tu pada nazwa państwa,
do którego zwykle jeżdżę pisać, myśleć, wakacjować, po górach chodzić, wino pić
i małże przełykać, z jedną Ważną Panią]- Nie tym razem – śmieję się, bo wiedziałam, że pomyśli najpierw, że tam!
- Do SPA? – trochę zaskoczona, a nawet jakby zawiedziona, że tak nieoryginalnie
- Ja pracować jadę, a nie byczyć się!
- Jakiś surviwal? – ożywiła się trochę, bo jej zdaniem to by do mnie zdaje się dużo bardziej pasowało, niż hotel z plażą.
Musiałam się sekundę zastanowić
- Można by poniekąd tak to nazwać
– odpowiedziałam z wahaniem.
- No, dobra, to gdzie jedziesz? –
miało być 3 strzały, były, więc czas na informację.- (…) [tu pada określenie tego miejsca] – Tylko zachowaj to dla siebie – zastrzegam, choć nie do końca wiem dlaczego.
- ...I tak by mi nikt nie uwierzył… - odpowiada, z lekko uchyloną paszczą.
c.d.n.
p.s. uprasza się osoby, którym
wiadomo, gdzie jestem, o niezdradzenie tego faktu w komentarzach. To samo
dotyczy tych, którzy się domyślą przed 30 listopada. A 30 listopada ogłoszę,
gdzie jestemJ
Subskrybuj:
Posty (Atom)