Zawsze w końcu przychodzi dzień rozliczenia z traumą.
Nie, wróć.
Błogosławieństwem jest, jeśli nadchodzi dzień rozliczenia z traumą.
Każdy, kto jej doznał, w jakiejkolwiek formie, powienien być wdzięczny Bogu, Energii, Ewolucji, Światu - za to, że taki dzień nadszedł.
Ja jestem wdzięczna.
Podzielenie się tym na blogu, jest ostatnim etapem.
Pierwszym było odkrycie, że zdarzenia traumatyczne w ogóle miały miejsce.
Drugim była konforontacja z demonami.
Trzecim i ostatnim jest wypowiedzenie tego głośno i publicznie.
Po co?
Z dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że to jest właśnie trzeci, konieczny, etap autoterapii.
Po drugie dlatego, że to jest pomoc wszystkim tym, którzy się jeszcze nie odważyli w ogóle ruszyć tematu i ich trauma jest w nich zakopana i truje, przez kanały podświadomości.
Dlatego kolejny moj post będzie tym trzecim etapem - wypowiedzeniem głośno i publicznie traumy, ktorą dzielę z dziesiątkami czy setkami innych ludzi.
Nie "dzielę się" lecz "dzielę z".
Tych, ktorych nikt nie podejrzewa o traumę.
Silnych.
Tych, ktorzy nawet sami siebie nie podejrzewają o traumę.
Twardych.
Zdecydowanych.
Nieugiętych w wartościach.
I kompromisowych tam, gdzie warto dla tych wartości właśnie.
TO wkrótce przyjdzie.
Powiem to głośno.
Słuchajcie.
I szukajcie w sobie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybór. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wybór. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 28 września 2015
sobota, 18 kwietnia 2015
Red Road
"Red Road"
Duńsko-brytyjski.
2006.
Niebywały.
To się nazywa przekraczanie granic.
Chyba wszystkich.
Opis krótki:
"Osiedle Red Road. Kilkadziesiąt kamer śledzących namiętności, tragedie i codzienne zmagania mieszkańców i dziewczyna Jackie, która po drugiej stronie się temu przygląda".
Intrygujące, bo w takim filmie może nie zdarzyć się nic. Będzie patrzeć i nic.
Z drugiej strony tak opisany film może zapowiadać nieskończoną ilość scenariuszy.
Od komedii, przez obyczajowy, triller po s-f.
Co się dostaje?
Najpierw zaskoczenie spokojem - na początku niby nic, a już jest coś trochę obiecująco.
Potem zaskoczenie niepokojem, jaki się wkrada.
Potem zaskoczenie tym, co robi bohaterka.
A potem zakoczenie tym, że się ją rozumie.
Zastanawiam się, czy to osobowość "borderline" czy to zachowanie borderline, które mogłoby zostać wywołane u każdej osoby w podobej sytuacji.
(dostępny na Kinoplex-ie, w ramach pakietu darmowego)
Duńsko-brytyjski.
2006.
Niebywały.
To się nazywa przekraczanie granic.
Chyba wszystkich.
Opis krótki:
"Osiedle Red Road. Kilkadziesiąt kamer śledzących namiętności, tragedie i codzienne zmagania mieszkańców i dziewczyna Jackie, która po drugiej stronie się temu przygląda".
Intrygujące, bo w takim filmie może nie zdarzyć się nic. Będzie patrzeć i nic.
Z drugiej strony tak opisany film może zapowiadać nieskończoną ilość scenariuszy.
Od komedii, przez obyczajowy, triller po s-f.
Co się dostaje?
Najpierw zaskoczenie spokojem - na początku niby nic, a już jest coś trochę obiecująco.
Potem zaskoczenie niepokojem, jaki się wkrada.
Potem zaskoczenie tym, co robi bohaterka.
A potem zakoczenie tym, że się ją rozumie.
Zastanawiam się, czy to osobowość "borderline" czy to zachowanie borderline, które mogłoby zostać wywołane u każdej osoby w podobej sytuacji.
(dostępny na Kinoplex-ie, w ramach pakietu darmowego)
wtorek, 4 listopada 2014
Niezwykłe Miejsce z Listy
To, co teraz robię, a właściwie
gdzie jestem, też było na tej słynnej liście. Tej z „rzeczami do zrobienia w
życiu”, którą ma, a w każdym razie powinien mieć, każdy człowiek liczący się ze
sobą. A jednocześnie trochę sobie nie dowierzający. W każdym razie wolący zapisać,
czarno na białym, co ma do zrobienia w życiu.
To, gdzie teraz jestem, jest na
tej liście, obok przebiegnięcia Maratonu (wykonane), głodówki (wykonane) i
innych „wykonanych” bądź „jeszcze niewykonanych”. Tyle, że sądziłam, że
przybędę tu w innym celu i na mocno krócej, niż 30 dni. Miałam przyjechać do
takiego miejsca „kiedyś”. I to raczej w
ramach wakacji, a nie najintensywniejszej pracy. Jednak stało się inaczej.
Zaczęło się dość banalnie: od zaległości. Mam książkę do napisania. Właściwie ją
napisałam, ale brakuje mi 5 %. Zaś z książką to jest tak, że póki nie masz całej,
to w zasadzie wszystko jedno, czy masz już 95 % czy dopiero 1% - jest po prostu
nieskończona. A trudno pracować nad taką złożoną sprawą, tą w książce, „po
godzinach”, czyli po powrocie z wykładów albo z wydziału architektury, gdzie
załatwiałam jakąś sprawę związaną z pozwoleniem na budowę wieżowca w puszczy, dla
klienta. Trudno pracować „po godzinach”, kiedy w domu mi tak ktoś cudnie
gotuje, jak Najmilszy, zaprasza na długą kolację z jeszcze dłuższymi rozmowami,
a potem trzeba jeszcze oddać z kolei psu co pieskie – innymi słowy iść się
pobawić z Zachą. Mimo, że jest wielka, to mentalnie jest jeszcze małym pieskiem
i trzeba jej i zabawy i czułości.
Tak czy inaczej w tych okolicznościach domu i
przyrody, nie da się skończyć książki, nawet jeśli „prawie” gotowa. Zwłaszcza,
że, sprzecznie z zasadami logiki, a zgodnie z zasadami psychologii, to te 5 %
wydaje się wyraźnie trudniejsze i jakby większe, niż te 95% zrobione. Przy
Wielkim i Poważnym Zadaniu człowiek ma obawy przed jego skończeniem. Nieskończenie
zawsze jeszcze daje ochronę: „no przecież pracuję nad tym”, a skończenie
oznacza: „Teraz będę się musiał z tym pożegnać, wysłać to w świat, wystawiając
na ludzkie oczy i poniewierkę na ich językach”.
Mam nadzieję, że dość jasno
nakreśliłam sytuację i czytelnik zrozumie moc mego objawienia pewnego ranka: trzeba
odłożyć wszystko i zniknąć. Żeby wziąć się za bary z tą „pięcioprocentówką”.
Która ma wielką głowę, wielkie oczy i wielkie kły. Nie dać się jej zjeść, a
przeciwnie: skonsumować ją metodą „zjadania całego słonia”, czyli po plasterku.
Żadne „izolowanie się” w bibliotece (studenci, znajomi, koledzy z pracy) ani w
domu (mąż, koty, pies, świeże powietrze w jesiennym ogrodzie) nie przyniesie
skutku. Muszę wyjechać. I postanowiłam, że wyjadę tam, gdzie zamierzałam (było
na liście). Nie miałam żadnego adresu – tylko jasność co do tego, co to za
miejsce. Dopasowałam jakiś adres, po krótkich poszukiwaniach w Internecie i oznajmiłam
rzecz wspólniczce drogiej, dobrze mi życzącej.
- Gdzie to jest? – pyta wspólniczka
- A, nie ma tak, zgadnij. Masz
trzy strzały. Podpowiem tylko, że jadę pisać – zna mnie nieźle, ale nie ma
bola, nie zgadnie, pomyślałam.
- Do (…) [tu pada nazwa państwa,
do którego zwykle jeżdżę pisać, myśleć, wakacjować, po górach chodzić, wino pić
i małże przełykać, z jedną Ważną Panią]- Nie tym razem – śmieję się, bo wiedziałam, że pomyśli najpierw, że tam!
- Do SPA? – trochę zaskoczona, a nawet jakby zawiedziona, że tak nieoryginalnie
- Ja pracować jadę, a nie byczyć się!
- Jakiś surviwal? – ożywiła się trochę, bo jej zdaniem to by do mnie zdaje się dużo bardziej pasowało, niż hotel z plażą.
Musiałam się sekundę zastanowić
- Można by poniekąd tak to nazwać
– odpowiedziałam z wahaniem.
- No, dobra, to gdzie jedziesz? –
miało być 3 strzały, były, więc czas na informację.- (…) [tu pada określenie tego miejsca] – Tylko zachowaj to dla siebie – zastrzegam, choć nie do końca wiem dlaczego.
- ...I tak by mi nikt nie uwierzył… - odpowiada, z lekko uchyloną paszczą.
c.d.n.
p.s. uprasza się osoby, którym
wiadomo, gdzie jestem, o niezdradzenie tego faktu w komentarzach. To samo
dotyczy tych, którzy się domyślą przed 30 listopada. A 30 listopada ogłoszę,
gdzie jestemJ
piątek, 25 lipca 2014
Granice wyznaczane... no właśnie: czym?
Chciałam zatytułować post "Granice wyznaczane odpornością na chamstwo". Ale powstrzymałam się, ponieważ ten tytuł z góry promuje pewną tezę, a ja właściwie nadal się waham, jakie granice zostały przekroczone. I czy tylko raz, czy dwa razy?
Otóż załóżmy, że promotor czyta pracę magisterską swojego seminarzysty. Praca zostawia wiele do życzenia, a seminarzysta ignoruje kolejne korekty. Dlatego promotor, załóżmy, proponuje, aby seminarzysta rozważył zmianę tematu lub zmianę promotora.
Na co promotor otrzymuje, załóżmy, taką odpowiedź:
"Dziękuję za informacje, jednak nie ma szans bym rozważył nowy temat lub zmianę promotora, powiem wprost może mi Pani dać 3, chcę skończyć te studia i mieć to z głowy, nie sram pieniędzmi, więc mi się nie uśmiecha płacić za przedłużenie sesji (...) (1) pisałem od początku roku tą pracę, poświęciłem wiele czasu, użyłem wiele materiałów, mogę na podstawie tej pracy ewentualnie mój drugi temat użyć, o moralności. Wtedy znika mi cała kwestia prawna. (2) Choć tak jak piszę wyżej, mi zależy by zakończyć te studia, a Pani mi to utrudnia, cały czas, gdzie na innych uczelniach bym nie miał takich problemów. Jak już z Panią zacząłem, to i z Panią skończę tą pracę".
Co ma zrobić promotor, gdyby, załóżmy, znalazł się w takiej sytuacji?
(Wyślę ten post do znajmoych, żeby mi odpowiedzili, co oni by zrobili. Jak odpowiedza, to napiszę w następnym poście, co sugerują)
Promotor rozważała, załóżmy, trzy opcje:
Po pierwsze: zignorować;
Po drugie: wyrzucić seminarzystę z seminarium;
Po trzecie: napisać wychowawczego maila z żądaniem przeprosin;
Po czwarte: odpisać merytorycznie, zaznaczając jedynie zastrzeżenia co do, hmmm, formy e-maila;
Załóżmy, że promotor wybiera czwartą opcję:
"Forma Pana e-maila, w szczególności użyte słownictwo, upoważnia mnie do pozostawienia go bez odpowiedzi. Mimo to - odpowiem.
Nie wiem, jak jest na innych uczelniach. Na tej uczelni na ocenę dostateczną trzeba zapracować tak samo, jak na każdą inną ocenę.
Co do zmiany zakresu tematu: usunięcie aspektów prawnych uniemożliwiło by obronę pracy w ramach seminarium z zakresu prawa.
(...) (1)
Jeśli stawianie wymagań dotyczacych jakości pracy nazywa Pan "utrudnianiem zakończenia studiów" przez Pana, to mam wątpliwości, czy jednakowo rozumiemy pojęcie "studiowanie". (...) (1)".
Nie wiem, jak jest na innych uczelniach. Na tej uczelni na ocenę dostateczną trzeba zapracować tak samo, jak na każdą inną ocenę.
Co do zmiany zakresu tematu: usunięcie aspektów prawnych uniemożliwiło by obronę pracy w ramach seminarium z zakresu prawa.
(...) (1)
Jeśli stawianie wymagań dotyczacych jakości pracy nazywa Pan "utrudnianiem zakończenia studiów" przez Pana, to mam wątpliwości, czy jednakowo rozumiemy pojęcie "studiowanie". (...) (1)".
Promotor wybrał, jak założyliśmy, tę czwartą opcję, ale, załóżmy, nadal się zastanawia, czy słusznie.
Bo fakt, że seminarzysta przekroczył granice -
różne
- w tym granice dotyczące sposobu korespondencji pomiędzy semianrzystą, a promotorem lub między jakimikolwiek osobami w podobnej relacji;
- granice taktu;
- granice... no, można sobie dopowiedzieć-
to jest jasne.
Natomiast promotor waha się, czy, odpowiadając w ten sposob, nie przekroczył granic odporności na chamstwo?
p.s.
Jest jeszcze jedna kwestia.
Promotor ma, załóżmy, kilkunastu seminarzystów.
Właśnie skończyły się, załóżmy, obrony kilkuz nich.
Jest z nich dumny: mimo codzienneych obowiązków, pracy, dzieci, psów, ślubów, pogrzebow i urodzin, wykonali dobrą robotę. Ich prace są pyszne, na wysokim poziomie, ich wypowiedzi na obronach świadczą o tym, że to to są i wyedukowani i mądzrzy ludzie. Duma rozpiera... Czy przypadkiem obowiązkiem promotora (mniejsza o to czy moralnym, zwykło-ludzkim czy innej kategorii) nie jest wywalenie seminarzysty, ktory "nie sra pieniędzmi" na zbity pysk, z seminarium...?
________
(1) usnęłam fragment, który mogłby sugerować, że seminarzysta jest nie tylko osobą prawdziwą, ale nawet zupelnie teoretycznie, możliwą do zidentyfikowania;
(2) seminarium obejmuje tematykę prawną
wtorek, 1 lipca 2014
Granica zapomnienia
W "Małej księdze wielkich pytań" Gregory'ego Stocka przeczytałam następujące pytanie:
"Gdybyś mógł spędzić rok w doskonałym szczęściu, lecz później niczego z tego nie pamiętać - czy tego chciałbyś?"
Kiedy je przeczytałam, przypomniał mi się dowcip:
U kiepskiego pisarza pojawił się diabeł: - Mam propozycję. Będziesz pisał 5 bestselerów rocznie przez najbliższe 5 lat. Każdy z nich sprzeda się w milionowych nakładach. Ale wzamian za to umrą wszyscy członkowie twojej rodziny. Rozważ to. Pisarz zaczął rozmyślać: "5 bestsererów rocznie... umrą wszyscy z rodziny... Zaraz, 5 rocznie przez 5 lat... a rodzina cała wymrze... Nie rozumiem gdzie tu haczyk??"
Podobnie jest z tym pytaniem Stock'a: logicznym było by wziąć ten rok szczęścia i jeszcze ukłonić się pięknie. Nie ma żadnych poszkodowanych, żadnych warunków... Prócz zapomnienia. No właśnie. Jednak się waham.
A Ty?
Człowiek ma straszliwą potrzebę pamiętania, co wiąże się z dokliwą potrzebą trwania. Co to za szczęście, jeśli nie będzie można go wspominać, opowiadać o nim i czerpać z niego przyjemności nawet wtedy, gdy się skończy? Nie liczy się każdy z 365 dni szczęścia, jeśli nie będzie się o nim PÓŹNIEJ pamiętać.
A Ty?
Człowiek ma straszliwą potrzebę pamiętania, co wiąże się z dokliwą potrzebą trwania. Co to za szczęście, jeśli nie będzie można go wspominać, opowiadać o nim i czerpać z niego przyjemności nawet wtedy, gdy się skończy? Nie liczy się każdy z 365 dni szczęścia, jeśli nie będzie się o nim PÓŹNIEJ pamiętać.
Podobnie człowiek nie móglby się cieszyć szczęściem, gdyby wiedział, że dokładnie po roku cudowności - umrze.
Mimo, że jesteśmy towarem nietrwałym, o mocno krotkim terminie przydatności, mamy wbudowaną potrzebę zapamiętania - w swoich dziełach, przez multiplikowanie swojego DNA, przez oddawanie swoich organów na cele naukowe. Znajdujemy uspokajające metody utrwalenia się i protezy zapisania się w świecie. W najgorszym razie człowiek chociaż na jakiejś ścianie nabazgrze: "tu byłem".
Ta przypadłość jest przykra szczegolnie wtedy, gdy się dowiesz, że zostało Ci dwa miesiące zycia. Albo rok - wszystko jedno w zasadzie.
Jak nie dać się pochłonąć przez obietnicę rychłej śmierci i żyć wyjątkowo szczęśliwie?
I na przejście tej granicy jest metoda.
Trzeba umierać wielokrotnie. Żeganć się tak często, jak to możliwe. W szczegolności ze sobą.
Trzeba umierać wielokrotnie. Żeganć się tak często, jak to możliwe. W szczegolności ze sobą.
Powiedzmy, że wyznaczono mi trzy miesiące życia, za pośrednictwem wymownego zdania, że powinnam w tym czasie skupić się na "załatwieniu swoich spraw".
Wpisuję datę w kalendarzu. Wyznaczam sobie te trzy miesiące. Datę swojej śmierci. A jak nie umrę? To nic. Zrobię sobie małą uroczystość "pogrzebowo-pożegnalną" i wyznaczę kolejne trzy miesiące. Jeśli nie będę umierać, będę kolekcjonować te "śmierci".
Wpisuję datę w kalendarzu. Wyznaczam sobie te trzy miesiące. Datę swojej śmierci. A jak nie umrę? To nic. Zrobię sobie małą uroczystość "pogrzebowo-pożegnalną" i wyznaczę kolejne trzy miesiące. Jeśli nie będę umierać, będę kolekcjonować te "śmierci".
Aż do dnia, kiedy kolekcja będzie kompletna, a ja umrę. Przecież to się kiedyś w końcu zdarzy.
...najbliższa data nie przypada wcale za trzy miesiące. Nie podam jej.
...najbliższa data nie przypada wcale za trzy miesiące. Nie podam jej.
Czy chciałabym przeżyć rok wielkiego szczęścia, nawet, jeśli potem bym o tym nie pamiętała? Tak. Uczyniłabym ten rok okresem badań i poszukiwania metody zapamiętania go, bez pamięci. To jest silniejsze od człowieka...
środa, 7 maja 2014
Granat i Kartofel
"Czy w swoim czasie i na swoim miejscu każda rzecz nie odgrywa swojej roli?
Kto udowodni, że owoc granatu piękniejszy jest od kartofla?"
Jean Millet
wg: Marta Rzepińska "Siedem wieków malarstwa europejskiego" Zakład Narodowy imienia Ossolińskich 1979
Przeczytałam gdzieś, że Jean Kirkman (autorka: "Ledwo potrafię zająć się sobą") na deklarację, że nie chce mieć dzieci, usłyszała: "A byłabyś taką świetną matką!".
Odpowiedziala: "Jest wiele rzeczy, w których mogłabym się sprawdzić, jak jazda figurowa na lodzie, mycie okien na wysokościach, bycie kardiochirurgiem. Może byłabym też znakomitym pilotem kamikaze – tyle tylko, że nie chcę nauczyć się latać i nie poświęcę swojego życia dla Japonii".
Tu nieważne, czego dotyczył wybór. Ważne, że trafnie zilustrowała fakt, iż kwestia oceny wyboru nie jest jednoznaczna. Wybór nie zawsze dokonywany jest w kategoriach: "dobry/zły wybór, lepszy/gorszy wybór". Bywa dokonywany jako wybór między różnymi, równoważnymi pod względem wartości, alternatywami.
Dokonanie wyboru innego, niż reszta społeczeństwa czy przedstawicieli danego środowiska, niemal zawsze oznacza przekraczanie granic. To oznacza, że stawiając stopę poza granicą, trzeba się przygotować na konfrontację: ludzie domagają się uzasadnienia, dlaczego dokonałeś innego wyboru niż większość. Spodziewają się usłyszeć argumenty, z ktorymi będą mogli polemizować. Koniecznie chcą ustalić hierarchię wyborów i chętnie udowodnić, że Twój jest gorszy, mniej uzasadniony. Bardzo trudno jest im zrozumieć, jeśli powiesz:
"Wybrałem inaczej, bo mogłem".
Załóżmy na chwilę, że któryś wybór musi być lepszy niż inne.
Teraz: wybierz kawę lub herbatę.
Teraz: udowodnij, że Twój wybór jest najlepszy.
"Wybrałem inaczej, bo mogłem".
Załóżmy na chwilę, że któryś wybór musi być lepszy niż inne.
Teraz: wybierz kawę lub herbatę.
Teraz: udowodnij, że Twój wybór jest najlepszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)