Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przerwa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2014

Miejsce z Listy - odkrycie tajemnicy

Kto się domyślił, co to jest Miejsce z Listy, w ktorym się ukryłam?
 
...
...
...
 
To klasztor.
Miejsce z Listy to klasztor. Nie jakiś konkretny, ale jakikolwiek klasztor, do którego postanowiłam, że kiedyś przyjadę. Miał być odcinający od świata na jakieś 3 dni, no, może tydzień. 
Tymczasem okazało się, że oderwałam się na miesiąc. Nie na modlitwę, nie na kontemplację, nie na odrzucenie świata - choć te wszystkie rzeczy można tu wykonać intesywnie, jak nigdzie indziej.
Ale ja tu przyjechałam po coś innego. Żeby uporać się z tą paraliżującą pięcioprocentówką tekstu.

zobacz pierwszy post nt Miejsca z Listy:
http://blog-o-przekraczaniu-granic.blogspot.com/2014/11/niezwyke-miejsce-z-listy.html

Nie wiedziałam wtedy, że ten wyjazd nie będzie dotyczył ilości, ale jakości. Jeśli pracuje się nad czymś 9-10 godzin dziennie, to pracuje się nad tym INACZEJ intelektualnie, w pełni, dociera się do sedna sprawy, do warstw, do ktorych nie ma szans się dokopać, pracując 2-3 godziny dziennie. Rozpraszając się innymi sprawami. Klientami. Wykładami. Kotami. Ludźmi.  Psem. Kolacjami. Sniadaniami. Innymi....
To było jak codzienne zjeżdżanie windą do środka Ziemi. 
 
Jeśli chcesz doznać tego, o czym piszę, dostania się w głąb ziemii i tematu, jaki chcesz rozgryźć, jedź tam:
 
Pustelnia Złotego Lasu:
 

piątek, 21 listopada 2014

Smak Czasu - w Miejscu z Listy (dzień 21)

(zobacz poprzednie trzy posty)

Czas zmienił się definitywnie. Nie ma charakteru liniowego tylko kulisty, albo lepiej powiedzieć: wieloprzestrzenny. Pory dnia nie są wyznaczane "normalnie" tylko dwoma posiłkami - niczym dwoma punktami, które jako jedyne jakoś utrzymują tę "prostą"  w przestrzeni - i cyklami pisania. Po dwie, trzy godziny na raz.
 
Sen to nie jest coś, co dzieje się od 23.00 do 7.00, sen to jest coś, co mi się przydarza. Ogromna ilość informacji i tworzenia, wymaga "zapisywania" i syntezy w częstszych porcjach snu, a nie w jednym dużym torcie snu, niepoporcjowanym. Częściej musi się zapisywać kopia zapasowa i częściej musi dochodzić do przesuwania pudełek, tyle ich tam teraz się, w głowie umieszcza.

piątek, 14 listopada 2014

Odwiedziny na Księżycu - Miejsce z Listy (dzień 14)

(zobacz poprzednie dwa posty)

To nie ja odwiedzam Księżyc, to mnie odwiedzają na Księżycu.

Czternasty dzień w Miejscu z Listy, a jutro mija połowa mojego czasu tutaj. Przysługują mi więc odwiedziny. Dziś nie pracuję. Medytuję nad tym, co za mną, w tym Miejscu z Listy i nad tym co przede mną, w tym Miejscu. Taka jedna „niedziela” w miesiącu. Czuję się świątecznie: wraz z Najmilszym przybywa nowa kawa, nowa czekolada i możemy wypić wino do obiadu, Najmilszy symbolicznie, ale tu dziś symbole są okropnie ważne. Dwie godziny: Najmilszy składa mi dary, a ja odwdzięczam się mu słoikami z buraczkami robionymi na trzy różne sposoby, słoikami ze smażonymi i duszonymi warzywami, „chrupiącymi sosami” z ogórka, co by to nie było. Jest też miód malinowy, tutejszy hit i rarytas wymiatany szybko z koszyków, jak tylko się pojawią. Żeby była jasność: ręki nie przyłożyłam do wykonania tych smakowitości. Autorem ich jest… no dobrze, to się okaże 30 listopada.

Ciepło i smacznie, liśćmi i ogniem, pachnie zza okna. Gawędzimy sobie o filozofii prawa, co dla Najmilszego (który nie jest prawnikiem) musi być pewnego rodzaju nowością i wyzwaniem. Stopniowo przechodzimy do filozofii życia i tu mamy sobie po równo sporo do powiedzenia.

Wkrótce widzę światła odjeżdżającego samochodu, wyłamuję z tabliczki kostkę czekolady i siadam dokończyć dumanie nad tyłem i przodem czasu, w którym akuratnie tkwię.

Jutro minie połowa czasu.

No to żarty się skończyły.

Czy ktoś wie, gdzie ja jestem?


p.s. Nie, nie osadzono mnie na miesiąc w więzieniu. To ślepa uliczka:)

sobota, 8 listopada 2014

Kosmiczny czas w Miejscu z listy (dzień 8)

Wyjechałam.
(zobacz poprzedni post)

 
Dziś zaczęłam drugi tydzień pobytu w Mijescu z Listy. 
 
 
Po 10 godzin dziennie zajmuję się jedną pracą. To jest możliwe dlatego, że nie muszę zajmować się niczym innym: jedzenie dostaję pod nosek, dwa razy dziennie, o tych samych godzinach. Przerwy robię na kawę (tego czasu nie wliczam do tej dziesiątki, więc można powiedzieć, że piszę 10 godzin netto). I jeszcze przerwy robię na wąchanie słonecznego lub deszczowego powietrza przez okna połaciowe w dachu. I na spacery po okolicy, fascynująco zorganizowanej, ale nie mogę powiedzieć jak, bo za wcześnie jeszcze, żeby zdradzić, gdzie jestem.
 
 
Nikt się mną nie interesuje, bo wszyscy wiedzą, po co tu przyjechałam i że nie szukam towarzystwa ani zajęcia. Nawet przestrzeń mam wydzieloną bardziej własną niż inni. Takim rezydent – duch. Co zresztą gdzie jak gdzie, ale tu nie budzi zdziwienia.
 
 
Dni moje są jednakowe  - w sensie organizacyjnym. Bo intelektualnie to prawdziwe wycieczki „dookoła świata”. A ta jednakowść dni powoduje coś, co znam z eksperymentów dotyczących czasu, o których czytałam. Otóż dzieje tu się tak, jak kiedy nie ma się zegarka i świat zewnętrzny przestaje ingerować w naturalny rytm człowieka. Nb z dwóch źródeł wiem o badaniach, które dowiodły, że jeśli człowieka całkowicie wyizolować, bez żadnego miernika czasu i odniesienia w przyrodzie (np. w bunkrze) to jego naturalny rytm nie stanowi 24 ale z grubsza 25 godzin. To powoduje np., że eksperymentator, który dał się zamknąć na kilkadziesiąt dni, by zrobić samoobserwację, był wysoce zaskoczony, że pewnego dnia ekipa zeszła po niego – uważał, że jest za wcześnie o dobrych kilka dni, czy tygodni, nie pamiętam, bo żył w cyklu 25-godzinnym. [1]
 
 
A mój – siłą rzeczy – eksperyment czasowy wygląda tak:
 
 
Minął jeden tydzień, przede mną trzy tygodnie.
 
 
Czuję się, jakbym się lekko oddaliła w kosmos. Jeszcze nie na tyle, by utracić kontakt z miarami czasu, ale na tyle daleko, by już odczuć, że go wkrotce stracę. To jest jedno z tych odczuć z dreszczykiem emocji: jakby boję się, ale też jestem ciekawa, co łącznie daje efekt lekko podekscytowany.
 
 
Jestem bardziej zanurzona w kwestiach czasu, niż mogłoby się wydawać. To dlatego, że jednocześnie właśnie myślę i piszę o czasie pewnej kategorii osób, którymi zajmuję się naukowo. To są ludzie, którzy poważnie cierpią z uwagi na deficyty czasu. Jednocześnie mają potencjalną możliwość, by mieć urlop 3 tygodniowy w jednym kawałku. Na koniec mojego pobytu tutaj i im zdradzę, co to za miejsce. Mogliby tu wpaść z walizką swoich zadań i zobaczyć jak to jest popracować samemu, w spokoju. Byliby oczarowani. Tak, jak ja jestem.
 
[1] por. badania opisane w książce Stefana Kleina „Czas – przewodnik użytkownika”, Warszawa 2009 oraz książce Ulricha Schnabela „Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia”, Wydawnictwo MUZA SA 2014, seria SPECTRUM, s. 137 i nast. o badaniach Ernsta Pöppela.