Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2015

Teatr bezgraniczny?


Ktoś będący jednocześnie artystą-zawodowcem i prawnikiem, zapytał mnie o ocenę pracy reżysera teatralnego w świetle prawa autorskiego.
Prawnicy piszą o tym niewiele, niejako na marginesie rozważań prawnoautorskich.
Siegnęlam najpierw do ich wypowiedzi, a potem tam, gdzie trzeba szukać weryfikacji "prawniczych prawd" o sztuce teatralnej, czyli do wypowiedzi ludzi, którzy znają teatr teatralny, a nie teatr prawniczy.
 
Zacytuję wypowiedzi zaczerpnięte z komentarza do prawa autorskiego, wydanego (wyd. V) pod redakcją profesorów Barty i Markiewicza:

„Kilka słów wyjaśnienia wymaga praca reżysera teatralnego. W razie przeróbki utworu literackiego na dramatyczny, dokonywanej przez reżysera, mamy do czynienia z oczywistą adaptacją, chronioną jako opracowanie. Praktyka od dawna wyróżnia „zwykłą reżyserię" i inscenizację (znajduje to wyraz na afiszach teatralnych). O inscenizacji mówi się wówczas, gdy interpretacja dzieła nabiera cech adaptacji, to jest gdy inscenizator świadomie przesuwa akcenty w dramacie (np. na pierwszy plan, nie zmieniając fabuły, wysuwa postaci, które w oryginale są drugoplanowe), zmienia konstrukcję utworu. Inscenizacja polega często na przystosowaniu sztuki na potrzeby nowego odbiorcy, nowym spojrzeniu na wiele wartości zawartych w dziele teatralnym. Dlatego inscenizacja jest działalnością twórczą prowadzącą do powstania opracowania. W odróżnieniu od niej, reżyseria może polegać wyłącznie na prostym przygotowaniu sztuki do wystawienia na konkretnej scenie, sprawnym technicznie poprowadzeniu aktorów, nadaniu „rytmu i tempa" (także przez wprowadzenie pewnych skrótów), na zrealizowaniu zamierzonych przez dramaturga walorów teatralnych. Taka zwykła reżyseria stanowi przedmiot praw wykonawczych i wówczas reżyser powinien być zaliczony do grona artystów wykonawców”.[1]

„W stosunku do utworów inspirowanych nie powstaje (…) problem obowiązku dochowania wierności dziełu inspirującemu (…), ale jeżeli twórca inspirowany czerpie główne wątki i postaci z utworu wcześniejszego, nadając im zupełnie inną wymowę ideologiczną i artystyczną, to wyraźne wskazanie na utwór inspirujący może naruszyć dobra osobiste jego twórcy. (…) Można stać na stanowisku, że z chwilą przejęcia tytułu utworu pierwotnego i powołania się na jego twórcę, bez bliższego wyjaśnienia związku obu tych utworów, powstaje zawsze zobowiązanie do przekazania „materiału", który jest istotny dla dzieła pierwotnego. Stąd twórca, który chciałby potraktować cudzy utwór bardzo swobodnie, jedynie jako inspirację, powinien zrezygnować z nadawania swojemu dziełu tytułu pierwowzoru lub powinien tak je oznaczyć, aby odbiorcy wiedzieli, że ma zamiar przedstawić własne spojrzenie na problematykę zawartą w utworze inspirującym. Zwłaszcza w nowoczesnym teatrze wyraźnie występuje tendencja do konstruowania przez reżyserów własnych widowisk za pomocą cudzych słów, przy czym tekst sztuki traktowany jest zupełnie luźno, jedynie jako kanwa słowna i częściowo fabularna spektaklu. Aktorzy grają wówczas w zasadzie „przeciw tekstowi", wydobywając z niego np. jedynie pewne archetypy religijne czy kulturalne. Nienależyte oznaczenie w takiej sytuacji utworu inspirowanego powoduje, że twórca dzieła inspirującego (…) może wystąpić z roszczeniem o zaprzeczenie autorstwa. (…) W niektórych przypadkach takie wykorzystanie cudzego utworu może być kwalifikowane jako „dzieło z zapożyczeniami".[2]

„Od dawna w doktrynie budzi kontrowersje ocena roli reżysera teatralnego. Zależy ona od tego, jak potraktowany zostanie sam spektakl teatralny. Jeżeli uznamy go za dzieło odrębne od wystawianego utworu dramatycznego (do czego ustawa zdaje się stwarzać podstawy w art. 1 ust. 2 pkt 8), reżyser powinien być uznany za twórcę w rozumieniu prawa autorskiego, a zarazem za osobę twórczo współdziałającą w powstaniu wykonań. Jeżeli przedstawienie teatralne potraktujemy jedynie jako wykonanie dzieła dramatycznego, reżyserowi przypada tylko ta druga rola”.[3]

Z kolei zgodnie z poglądem Sądu Najwyższego, wystawienie sztuki scenicznej traktowane jest jako realizacja dzieła w tej postaci, jaką nadał mu sam twórca: „według utrwalonych w doktrynie poglądów wystawienie utworu scenicznego jest dziełem sztuki odtwórczej i nie stanowi opracowania ani przeróbki utworu, bowiem zasadą jest, że rozpowszechnianie tego typu utworów następuje przez ich wystawianie na scenie".[4]

Tyle cytaty z prawników.
 
Teraz, zgodnie z moją własną metodą badań nad prawem, sięgam do bezpośrednio do materii, o której prawo chce się wypowiadać, a więc do reżyserii teatralnej i teatru.

Jakie instrumentarium ma do dyspozycji reżyser teatralny?

Po pierwsze „w teatrze mieszczą się wszelkie znane człowiekowi systemy znakowe i formy komunikacji”.[5] Wiąże się to bezpośrednio z definicją teatru: „teatr to sytuacja komunikacyjna, wynikająca ze zgodnego założenia odbiorcy i wykonawcy, iż czas przeszły (rzadziej: przyszły) odbiorcy, stanowi umową teraźniejszość fikcyjnej postaci kreowanej przez wykonawcę, który zarazem udaje, że jest kimś innym, a ponadto, że znajduje się w innej niż odbiorca przestrzeni”.[6]
Reżyser teatralny jest (nie)szczęśliwym człowiekiem, ponieważ ma niezliczoną ilość decyzji do podjęcia, na poziomie komunikacyjnym, jakim jest teatr.

Przykładowo, jednym z zasadniczych zadań reżysera teatralnego, jest odpowiedni dobór „psychicznego kameleona”,[7] jakim jest aktor. Musi się liczyć z tym, że aktor jest rodzajem łącznika, ma umożliwić widzowi zadanie, jakim jest rekonstrukcja postaci. Wynika to stąd, że „postać (…) to nie jakaś całościowo ukształtowana rzeczywista osobowość, lecz rozproszenie i często zdawkowe informacje tekstowe”,[8] co oznacza, że rekonstrukcja postaci z udziałem aktora, jest zadaniem widza i wiąże się także z jego kompetencjami: „widz, na podstawie tych informacji, własnego doświadczenia i wiedzy – rekonstruuje czy modeluje ową z natury szczątkową „osobowość” w jakąś konkretną całość”.[9] Aktor, będący łącznikiem między postacią a widzem, uruchamia w widzu pewien proces, rozstrzygający o odbiorze przedstawienia. Reżyser teatralny wypowiada się w sferach, do których twórca dramatu sceniacznego nie ma dostępu: w sferze doboru aktora i sferze decyzji o tym, do jakiego adresata mówi. Musi podjąć w tym zakresie decyzję, skoro kompetencje widza decydują o odbiorze przedstawienia.

Kolejnym zadaniem – i możliwością – reżysera teatralnego, jest zagospodarowanie tego, czego postać nie widzi. „W przedstawieniu mamy wiele elementów, które nie istnieją w świecie fikcji, na przykład muzykę, której postaci nie słyszą, aktorstwo, którego nie dostrzegają, czy światła reflektorów, których nie widzą. Są to elementy zasygnalizowane widzom bezpośrednio, to znaczy z pominięciem świadomości postaci i w ogóle z pominięciem ich świata”.[10] Te warstwy oddziaływania przez przedstawienie, nie mieszczą się, lub mieszczą się w ograniczonym zakresie, w sztuce, która jest napisana na papierze. W tej sferze – między innymi – może zupełnie zaginąć to, co prawnicy nazywają „zwykłą reżyserią”, rozumiejąc przez to jedynie „wystawienie przez reżysera na scenie” sztuki napisanej.

Pól działania reżysera teatralnego, jest wiele. Przytoczyłam tu, na dowod tego, właściwość teatru jako sytuacji złożonej komunikacyjnie oraz jedną z właściwości reżyserii teatralnej, polegającą na możliwości grania elementami widzianymi przez widza i niewidzianymi przez postacie. Prezentując te przykładowe pola wyboru w pracy reżyserskiej, chcę uświadomić, iż prawnicze widzenie świata teatru jest zbyt uproszczone i może prowadzić do ryzykownych tez na temat tego, czy reżyseria teatralna jest własną twórczością, czy wykonawstwem cudzej twórczości.
 
*
Moja studentka - jednocześnie prawnik i człowiek teatru - postanowiła napisać pracę na ten temat. Dla niej przygotowałam tę notatkę, sugerując drogę dwóch torów, którą jakiś czas temu sama odkryłam. Powinna podążać, moim zdaniem, chcąc dobrze zbadać temat: torem analizy prawnej i torem analizy tego, czym teatr reżysera teatralnego jest. Jednocześnie.




[1] Barta J. (red.), Markiewicz R. (red.), Czajkowska-Dąbrowska M., Ćwiąkalski Z., Felchner K., Traple E., „Prawo autorskie i prawa pokrewne. Komentarz”, LEX, 2011, wyd. V, komentarz do art. 2, pkt 9 komentarza.
[2] Tamże. Komentarz do art. 2, pkt 22 komentarza
[3] Tamże. Komentarz do art. 85, pkt 11 komentarza
[4] orzeczenie SN z dnia 15 września 1986 r., I Cr 139/86, LEX nr 63664
[5] Jerzy Limon, „Piąty wymiar teatru”, wyd słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2006, s. 5
[6] Tamże.
[7] Określenie Jerzego Limona. Tamże. s. 9
[8] Tamże s. 9-10
[9] Tamże s. 10
[10] Tamże s. 18

wtorek, 4 listopada 2014

Niezwykłe Miejsce z Listy


To, co teraz robię, a właściwie gdzie jestem, też było na tej słynnej liście. Tej z „rzeczami do zrobienia w życiu”, którą ma, a w każdym razie powinien mieć, każdy człowiek liczący się ze sobą. A jednocześnie trochę sobie nie dowierzający. W każdym razie wolący zapisać, czarno na białym, co ma do zrobienia w życiu.
 
To, gdzie teraz jestem, jest na tej liście, obok przebiegnięcia Maratonu (wykonane), głodówki (wykonane) i innych „wykonanych” bądź „jeszcze niewykonanych”. Tyle, że sądziłam, że przybędę tu w innym celu i na mocno krócej, niż 30 dni. Miałam przyjechać do takiego  miejsca „kiedyś”. I to raczej w ramach wakacji, a nie najintensywniejszej pracy. Jednak stało się inaczej.
 
Zaczęło się dość banalnie: od zaległości. Mam książkę do napisania. Właściwie ją napisałam, ale brakuje mi 5 %. Zaś z książką to jest tak, że póki nie masz całej, to w zasadzie wszystko jedno, czy masz już 95 % czy dopiero 1% - jest po prostu nieskończona. A trudno pracować nad taką złożoną sprawą, tą w książce, „po godzinach”, czyli po powrocie z wykładów albo z wydziału architektury, gdzie załatwiałam jakąś sprawę związaną z pozwoleniem na budowę wieżowca w puszczy, dla klienta. Trudno pracować „po godzinach”, kiedy w domu mi tak ktoś cudnie gotuje, jak Najmilszy, zaprasza na długą kolację z jeszcze dłuższymi rozmowami, a potem trzeba jeszcze oddać z kolei psu co pieskie – innymi słowy iść się pobawić z Zachą. Mimo, że jest wielka, to mentalnie jest jeszcze małym pieskiem i trzeba jej i zabawy i czułości.
 
Tak czy inaczej w tych okolicznościach domu i przyrody, nie da się skończyć książki, nawet jeśli „prawie” gotowa. Zwłaszcza, że, sprzecznie z zasadami logiki, a zgodnie z zasadami psychologii, to te 5 % wydaje się wyraźnie trudniejsze i jakby większe, niż te 95% zrobione. Przy Wielkim i Poważnym Zadaniu człowiek ma obawy przed jego skończeniem. Nieskończenie zawsze jeszcze daje ochronę: „no przecież pracuję nad tym”, a skończenie oznacza: „Teraz będę się musiał z tym pożegnać, wysłać to w świat, wystawiając na ludzkie oczy i poniewierkę na ich językach”.

Mam nadzieję, że dość jasno nakreśliłam sytuację i czytelnik zrozumie moc mego objawienia pewnego ranka: trzeba odłożyć wszystko i zniknąć. Żeby wziąć się za bary z tą „pięcioprocentówką”. Która ma wielką głowę, wielkie oczy i wielkie kły. Nie dać się jej zjeść, a przeciwnie: skonsumować ją metodą „zjadania całego słonia”, czyli po plasterku. Żadne „izolowanie się” w bibliotece (studenci, znajomi, koledzy z pracy) ani w domu (mąż, koty, pies, świeże powietrze w jesiennym ogrodzie) nie przyniesie skutku. Muszę wyjechać. I postanowiłam, że wyjadę tam, gdzie zamierzałam (było na liście). Nie miałam żadnego adresu – tylko jasność co do tego, co to za miejsce. Dopasowałam jakiś adres, po krótkich poszukiwaniach w Internecie i oznajmiłam rzecz wspólniczce drogiej, dobrze mi życzącej.

-   Gdzie to jest? – pyta wspólniczka
- A, nie ma tak, zgadnij. Masz trzy strzały. Podpowiem tylko, że jadę pisać – zna mnie nieźle, ale nie ma bola, nie zgadnie, pomyślałam.
- Do (…) [tu pada nazwa państwa, do którego zwykle jeżdżę pisać, myśleć, wakacjować, po górach chodzić, wino pić i małże przełykać, z jedną Ważną Panią]

- Nie tym razem – śmieję się, bo wiedziałam, że pomyśli najpierw, że tam!

- Do SPA? – trochę zaskoczona, a nawet jakby zawiedziona, że tak nieoryginalnie

- Ja pracować jadę, a nie byczyć się!

- Jakiś surviwal? – ożywiła się trochę, bo jej zdaniem to by do mnie zdaje się dużo bardziej pasowało, niż hotel z plażą.

Musiałam się sekundę zastanowić
Można by poniekąd tak to nazwać – odpowiedziałam z wahaniem.
- No, dobra, to gdzie jedziesz? – miało być 3 strzały, były, więc czas na informację.

- (…) [tu pada określenie tego miejsca] – Tylko zachowaj to dla siebie – zastrzegam, choć nie do końca wiem dlaczego.

- ...I tak by mi nikt nie uwierzył… - odpowiada, z lekko uchyloną paszczą.

c.d.n.

p.s. uprasza się osoby, którym wiadomo, gdzie jestem, o niezdradzenie tego faktu w komentarzach. To samo dotyczy tych, którzy się domyślą przed 30 listopada. A 30 listopada ogłoszę, gdzie jestemJ

czwartek, 5 czerwca 2014

Rzemieślnik czy artysta?

W trakcie moich badań dotyczących funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, zadawałam sędziom pytanie:
 
Czy sędzia jest bardziej "artystą" czy bardziej "rzemieślnikiem"?
 
Innym razem notowałam spostrzeżenia do książki (prawniczej) o pewnej kategorii utworów. Dotyczyły tego:
 
Jakie są granice twórczości, a jakie są granice sztuki?

Bo granice twórczości i sztuki nie pokrywają się, a to, gdzie przebiegają, jest niezwykle istotne z punktu widzenia prawa. Ochronie prawnej podlega tworczość, nie sztuka. 
 
To pytanie, powiodło mnie do następnych:
 
Jak określić granice tworczości i granice sztuki, wiedząc, że nie każda twórczość prowadzi do powstania sztuki?
(skoro tak jest, to granica musi gdzieś być zarysowana, nie wszystko jest "płynne")
 
Czy artysta jest ojcem sztuki, a rzemieślnik ojcem twórczości?
Czy odwrotnie?

A może każdy z nich może być rodzicem i sztuki i twórczości, zależnie od osobowości i tego, co ma światu do zaoferowania?
 
To, czy istnieje ścisła granica, między byciem artystą i byciem rzemieślnikiem, jest ważne, z punktu widzenia moich badań nad wymiarem sprawiedliwości, bo być może cytowane pytanie, stawiane sędziom, oparte jest na błędzie podziału tworzacych na "artystów" i "rzemieślinków".

W tym kontekście ciekawe jest także, że określenie kogoś, kto się mieni artystą, mianem "rzemieślnika" jest pobraźliwe; a  określenie rzemieślnika mianem "artysty" jest komplementem.
Dlaczego?



 

środa, 7 maja 2014

Granat i Kartofel

"Czy w swoim czasie i na swoim miejscu każda rzecz nie odgrywa swojej roli?
Kto udowodni, że owoc granatu piękniejszy jest od kartofla?"

                                                              Jean Millet

wg: Marta Rzepińska "Siedem wieków malarstwa europejskiego" Zakład Narodowy imienia Ossolińskich 1979

Przeczytałam gdzieś, że Jean Kirkman (autorka: "Ledwo potrafię zająć się sobą") na deklarację, że nie chce mieć dzieci, usłyszała: "A byłabyś taką świetną matką!".
 
Odpowiedziala: "Jest wiele rzeczy, w których mogłabym się sprawdzić, jak jazda figurowa na lodzie, mycie okien na wysokościach, bycie kardiochirurgiem. Może byłabym też znakomitym pilotem kamikaze – tyle tylko, że nie chcę nauczyć się latać i nie poświęcę swojego życia dla Japonii".

Tu nieważne, czego dotyczył wybór. Ważne, że trafnie zilustrowała fakt, iż kwestia oceny wyboru nie jest jednoznaczna. Wybór nie zawsze dokonywany jest w kategoriach: "dobry/zły wybór, lepszy/gorszy wybór". Bywa dokonywany jako wybór między różnymi, równoważnymi pod względem wartości, alternatywami.
 
Dokonanie wyboru innego, niż reszta społeczeństwa czy przedstawicieli danego środowiska, niemal zawsze oznacza przekraczanie granic. To oznacza, że stawiając stopę poza granicą, trzeba się przygotować na konfrontację: ludzie domagają się uzasadnienia, dlaczego dokonałeś innego wyboru niż większość. Spodziewają się usłyszeć argumenty, z ktorymi będą mogli polemizować. Koniecznie chcą ustalić hierarchię wyborów i chętnie udowodnić, że Twój jest gorszy, mniej uzasadniony. Bardzo trudno jest im zrozumieć, jeśli powiesz:

"Wybrałem inaczej, bo mogłem".


Załóżmy na chwilę, że któryś wybór musi być lepszy niż inne.
Teraz: wybierz kawę lub herbatę.
Teraz: udowodnij, że Twój wybór jest najlepszy.

czwartek, 1 maja 2014

Gwizdnęłam obraz. Niezbyt cenny, choć po „kradzieży” może zdrożeć


 - to jest mój felieton opublikowany w "Giełdzie nieruchomości" w 2009 r. -

Ukraść z galerii czy z muzeum byłoby banalnie. Poza tym galeria  jest sklepem. Szlachetniejszym może, niż mięsny, ale jednak sklepem. Ukraść stamtąd obraz to tak, jak ukraść adidasy z obuwniczego: jest cena, jest zysk, jest paragraf.  A żeby kraść z muzeum musiałabym być fachurą w branży. Inaczej, zamiast się nacieszyć przewrotną filozofią całej akcji, tłumaczyłabym się gęsto na komisariacie. Dlatego „ukradłam” obraz z kawalerską fantazją. Z kawiarni.

Boczna uliczka, cichutko, schludnie, słonecznie. Zakamuflowana kawiarnia, która nocą jest mocniej jazzowo – klubowa. Teraz zachęca stolikiem kawowym w witrynie. Zamawiam kawę i rozglądam się. Mam oko na dwa światy.

Po lewej ulica. Można gapić się na nielicznych przechodniów. Pusto, więc wolniej idą, swobodniej rozmawiają. Łatwiej śledzić wątek ich opowieści. Nie ma zagłuszającego pomruku tłumu.

Po prawej wnętrze kawiarni. Stylizowane na taką samą ulicę, tylko ciemniejszą, dekadencką. Latarnie ustawione na środku tlą się pomarańczową i różową żarówką. Jest też  smaczek dla zbieracza – kolekcjonera. Obrazy wszelkiej maści. Niektóre to okropa (jak mawiał mój Dziadek), inne pyszne (tak też mawiał). Szczególnie jeden zwraca moją uwagę. Jest jak lekarstwo na depresję. Inaczej mówiąc „na spokojność”. Na obrazie mały pokój. Dawno nie malowany, ciemnawy, bez wyróżniających się mebli. Po prawej, profilem do widza siedzi mężczyzna i gra na pianinie. Po lewej czerwony fotel – ach, jaka nasycona czerwień! W fotelu siedzi dziewczyna, z nogami podkulonymi dokładnie tak samo, jak ja podkulam, kiedy czytam.

Na zewnątrz znów głosy. Jak się kogoś podsłuchuje, to przychodzi nieodparta ochota zerknąć sobie na niego. Hecne typy. Robię zdjęcie, udając, że to gołębiom przyczajonym naprzeciwko. 

Swoją drogą te gołębie muszą być zachwycone. Siedzą w nietypowych, zamurowanych oknach. Jest szeroki, wygodny gzyms, a jednocześnie nikt ich nie zaskoczy od środka, bo tam cegły, zamiast szyb.

Łyk kawy i wracam wzrokiem do kawiarni. Reprodukcja PRL-owskiego plakatu z hasłem uprzejmie i szybko obsługujemy ludzi pracy”. Wchodzi turysta. Patrzę na niego jak tubylec na turystę. Jestem pierwszy raz w tym mieście, ale czuję się jakbym była tu od nadania praw miejskich..  Miasto zastrzeliło mnie, choć przecież nie przybywam z byle-kąd, bo z Krakowa. Poznań doskonały. Zorganizowany. Twórczy.

Zwykły jarmark zrobiony z pazurem. Sprzedają „szare kluchy” i kapustę – pycha! Że też można zrobić atrakcję z czegoś „szarego”. O ileż to bardziej soczyste i pomysłowe, niż smażone kiełbaski!

Zamiast pospolitego, na takich jarmarkach, „grzańca” jest degustacja austriackich win, prowadzona, a jakże, przez Austriaków. Wino serwuje się w szklanych kieliszkach. Za kaucją można ten kieliszek obnieść po całym rynku – człowiek się czuje bardziej cywilizowany, popijając ze szkła zamiast z plastików.

Są też osobliwe osobistości czyli pan W.C.ejrowski. Rozdaje fantazyjne autografy w książkach podróżniczych. Nie znoszę gościa, mając w pamięci jego „WC kwadrans”, ale książki ma genialne. Biorę autograf dla teściowej. Nie ma mowy, żebym wzięła dla siebie, bo w pobieraniu autografów widzę coś wierno – poddańczego. Brrr….

Mówię mu obie te rzeczy, o nielubieniu i o geniuszu. Przyzwyczajony do uwag słodko-kwaśnych…  W mieście rozwieszono plakaty: „Zakaz Cejrowania”. Zakładam, że to przewrotna autopromocja.

Tymczasem sam zainteresowany – luzik. Zanim się obejrzałam, popija z mojego kieliszka. Normalnie taka „familiarność” by mną wstrząsnęła. Nie pożyczam sukienek od koleżanek, nie daję „gryza” kanapki,  nie jem wspólnym widelcem, nie mówiąc o żłopaniu ze wspólnego kieliszka. On to wykonał z wdziękiem, że bez szemrania dopijam niezużyte wino. Nawet skoczyłam do Austriaków po porcyjkę czerwonego wytrawnego dla pana C. Pomysł na życie to on ma. I za to – o! za to – go lubię.

Stary Browar. Nie wypada mówić o centrach handlowych, jak o atrakcjach miasta? Stary Browar jest czymś więcej, niż zorganizowanym skupiskiem sklepów. Wchodzi się nadal jak do fabryki, więc bardziej jak do muzeum, niż na zakupy. Sporo drewna na podłodze, jak na takie centrum. I odsłoniętych cegieł. Drobiazgów, formalnie do niczego, stricte handlowego, nie potrzebnych – prócz tworzenia atmosfery: kola staro-rowerowe u sufitu, tabliczki z napisami ostrzegawczymi sprzed trzydziestu lat, o hecnych, ale i filozoficznych treściach „Chodzenie z otwartym światłem surowo wzbronione”. Nawet księgarnia z wejściem od dziedzińca nietypowa, jak wystawa albo laboratorium. Restauracje też jakieś takie niesieciowe. W jednej z nich, biało – popielatej, kosze zielonych jabłek. Prawdziwych. Pachną.

Dopijam kawę w mojej jazzowej kawiarni. Barman jak widziadło lub poeta: dyskretny, milczący, głęboko za barem. Jego pociągła, nieco zapadnięta twarz przypomina mi smutnego Frankensteina. Rozliczam się przy kontuarze, biorę wizytówkę. Wychodzę.

Prawie. Jeszcze, zaglądam za winkielek, do części kawiarni odgrodzonej murkiem (imitacja starej uliczki!) od baru. Zdejmuję ze ściany TEN obraz. Czytająca w czerwonym fotelu. Czekam, czy mnie grom nie trzaśnie.

Nie trzaska. Podchodzę do drzwi razem z obrazem. Że niby chcę popatrzeć na niego w świetle dnia. W kawiarni żadnego ruchu. Klient, który czyta przewodnik, nie zwraca na mnie uwagi. Podobnie baśniowy kelner. To idę. No, idę po prostu. Normalnie gwizdnęłam obraz.

Siedzę w samochodzie. Dzwoni Anka. Gadamy i pyta, com taka podekscytowana.  - Ukradłam sobie obraz z kawiarni - Chyba żartujesz? Wie, że nie żartuję. „Czytająca w fotelu” jest taka…spokojna.  Prawdopodobnie właśnie tworzę jej, anonimowej, historię.

W Krakowie ustawiam obraz na szerokiej ramie lustra. Czerwień fotela to idealnie czerwień ściany. A przecież odcieni czerwieni jest masa. Patrzę z radością. Trudno mi się będzie z nim rozstać? Może, ale na tym polega cala „piękna afera”. Wyciągam wizytówkę kawiarni z portfela. Piszę list:

„Szanowny Panie. Uprzejmie donoszę, że gwizdnęłam Państwu obraz. Oczywiście na kilka dni - wkrótce przywiozę go z powrotem. Choć w zasadzie mam w zanadrzu alternatywne propozycje: kupię, jeśli cena przystępna albo zamienię się na inny, z mojej kolekcji. Niezależnie od Państwa wyboru, pasjonująca historia Miejsca, w którym wisiał, tworzy się sama”.

Cóż, zobaczymy, jak skończy się ta historia. Coś mi szepcze kusząco, że ani kawiarnia ani  autorka się nie pogniewają. Wszak Georges Braque filozoficznie stwierdził, że „Hołdem dla artysty jest, gdy go okradają”.

Zadzwoniłam do właściciela kawiarni.
Chyba jeszcze nigdy nie rozmawiałam z kimś tak zdziwionym.
Oddałam obraz i wysłałam do kawiarni opublikowany w gazecie felieton.