Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dystans. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Dywan

Kiedyś miałam oddać kotka w dobre ręce. Wzięłam go ze sobą do Krakowa, kolega użyczył lokalu na przeczekanie, zanim nowy właściciel przybędzie. Kot zaczął miauczeć jeszcze w aucie. Regularnie, w krótkich, równych odstępach. 

Rozbolała mnie głowa. Zanim dodarłam na miejsce, rozwinęło się to w ból stulecia. Puściłam kota luzem w mieszkaniu. Ból wykluczał stanie, siedzenie i jakąkolwiek inną pozę, niż leżącą. Nie dlatego, że przynosiła ulgę, ale dlatego, że bardziej bezwładnie się już nie da. I przykleiłam się do kanapy płasko. Nie było mowy, żebym usiadła, nie mówiąc o wstaniu i wyjściu do pobliskiej apteki. Z wielkim wysiłkiem zadzwoniłam po kogoś, żeby przywiózł jakieś tabletki. Jak najszybciej, bo leżeć też się nie dało. Płakałam z bólu.

To było jakieś 15 lat temu, ale pamiętam do dziś. Nawet to, jak słońce odbite od szyb sąsiada odbijało się na brązowych panelach. Nieznośny ból tak mi się wdrukował negatywnymi emocjami w umysł, że pamiętam go, jak się pamięta traumę. Jakby to było wczoraj.

Dlaczego o tym mówię? Bo po latach zaczaił się jeszcze jeden, prawie taki sam atak. Ale tym razem nie byłam w studiu z kotem. Byłam na Plantach. Pomyślałam, że za chwilę położę się na ławce, lub na trawie i poproszę jakiegoś przechodnia o kupienie tabletek na ból głowy.

I tu konieczna jest dygresja. Na temat wstydu, strachu i stanu wyższej konieczności. Widziałam kiedyś filmik, na którym wśród osób przechodzących na pasach na drugą stronę ulicy, szła kobieta, której opadła halka. Jak gdyby nigdy nic, nieco wyżej podniosła każdą z nóg i dość płynnym ruchem wyswobodziła się z halki, idąc dalej jak gdyby nigdy nic, pozostawiając smutną szmatkę za sobą, na pasach. Mało kto zwrócił uwagę, prócz tych, którzy się na nią natknęli. Kobieta nie zawahała się ani nie zatrzymała się ani na sekundę. Nie wróciła po halkę.

Spadanie sukien czy spodni zdarza się stosunkowo często i powoduje frustrację i wstyd u tych, którym się to zdarzyło, a rozbawienie i jednocześnie współczucie tych, którzy to obserwują. Pomieszane z wdzięcznością, że to nie oni. Każdy, bez wyjątku, myśli sobie wtedy: dobrze, że nie mnie się to zdarzyło. Są też wypadki o charakterze dotkliwszym, związanym z nieposłuszną fizjologią. Są to wszystko zdarzenia, które mają miejsce, bez naszej winy i zaraz po zdarzeniu można zniknąć na trochę (w tych drugich przypadkach trudniej). Podobnie się ma rzecz z sytuacją, kiedy zęby zostaną komuś w bułce, bo dentysta się nie spisał. Te zdarzenia nie są związane z jakąkolwiek naszą decyzją przed zdarzeniem. Decyzje muszą być podjęte dopiero w chwili zdarzenia lub tuż po nim, w reakcji na wpadkę. 

Jednak są też zdarzenia tego rodzaju, które wymagają naszej decyzji przed zdarzeniem i je wywołują, a musimy być gotowi na to, że reakcja ludzi będzie rozbawiona, zainteresowana, oburzona.

Przykładowo, ktoś idąc Plantami, poczuje się źle, po niestrawnym obiedzie, a w okolicy nie ma możliwości dotarcia do toalety, to po prostu pójdzie pod mur i choć za nic czegoś takiego by nie zrobił, ściąga spodnie i się załatwia, budząc powszechne oburzenie. Podobnie jeśli ktoś dostał zawrotu głowy, to usiądzie na chodniku, pod murem, albo położy się na miejskim trawniku. Albo jeśli kobieta zobaczy potrąconego kota, to nie będzie miała oporów, żeby zdjąć bluzkę, owinąć go i podnieść, choćby pod spodem miała przeźroczysty stanik. Wszystkie te sytuacje, ponieważ są efektem naszej decyzji, w stanie wyższej konieczności, nie zawstydzają, choć reakcja otoczenia jest taka sama. Co to oznacza? To znaczy, że nie samo zdarzenie jest źródłem zażenowania, lecz to, czy nas zaskakuje, czy jest wynikiem naszej decyzji. Reakcja świata zewnętrznego jest drugorzędna.

Ja nie musiałam kłaść się na Plantach. Wracałam do biura popracować i mogłam położyć się na dywanie. Po drodze kupiłam tabletki. Ból głowy minął. Dotarło do mnie, jak łatwo nas „złamać” – wystarczy wściekły ból głowy i przestaje się liczyć wszystko dookoła. Mogłabym położyć się na Plantach i czekać, aż przejdzie, bez żadnej myśli o tym, że ludzie mnie stygmatyzują. 

To jest dobre doświadczenie. Uczy, by uważać na świat dookoła. Że jeśli ktoś dziwnie siedzi na ławce, to zaryzykować stek przekleństw od pijaka, ale zapytać, czy ten człowiek nie potrzebuje lekarza, leku, może to umierający cukrzyk lub ktoś ma zawał albo osaczył go taki bol głowy, że trudno mu unieść wzrok. 

Jeśli widzimy, że ktoś się pochorował w krzakach, to zamiast zwiać z obrzydzeniem – nie wiadomo, czy to wypadek przeciętnego obywatela, czy też wybryk abnegata – wejść do sklepu obok i kupić papier toaletowy i mokre chusteczki. Jeśli dzieje się coś nietypowego, nie odwracać oczu, nie znikać, zaryzykować i pomóc. Jak nas ktoś ofuczy? Nie szkodzi. Będziemy wiedzieli, że zrobiliśmy słusznie, bo sprawdziliśmy, czy ktoś umiera, czy tylko trzeźwieje, czy ktoś zachowuje się aspołecznie, czy tylko trafił na niewłaściwą restaurację, czy ktoś jest ekscentryczny, czy załamał się psychicznie.

Wstałam z dywanu i pomyślałam sobie o tym, że nigdy nie minę nikogo, kto leży na ławce na Plantach i nie jest pewne, czy śpi, czy umiera.

sobota, 31 października 2015

Niby-Ojciec


To nie easy game. Najpierw przeczytajcie poprzedni post. Potem ten.
 
...
 
Jeśli kiedykolwiek pomyślałam o nim „tata”, to tak, jakby to było jego imię. Prawdziwe emocje związane z ojcem, były przy dziadku, którego akurat nie nazywałam nigdy „dziadkiem” tylko Witusiem. I to „Wituś” był synonimem ojca.

Zaś człowiek o nazwie „tata” był ciekawostką, tak samo jak na początku wszyscy odwiedzający nas dorośli. Z tą różnicą, że jednych polubiłam, a innych nie, a on, jak wpadał z rzadka „w interesach” do Babci, budził moje zażenowanie. Domownicy sprawiali wrażenie, jakby go tolerowali go ze względu na mnie. Tymczasem był mi bardziej obcy, niż wszyscy goście domu razem wzięci. 

Babcia pomagała mu sprzedać jakieś szampony i budziki: ciężkie czasy. Pamiętam, że budziki, bo Mama kupiła sobie taki jeden i zepsuł się dopiero kilka lat temu. Ruski. Z ulgą przyjmowałam, że facet o nazwie „tata” mnie nie zauważa, bo jak mnie zauważył, to się chował za kotarą i wyskakiwał nagle z „buch” czy jakimś innym okrzykiem. Bardziej się bałam, jak wiedziałam, że jest w domu i nie wiem gdzie, niż jak słyszałam jego donośny głos z drugiego pokoju, gdzie rozmawiał z Babcią „o interesach”. Jak trochę urosłam, też jeszcze pętał się po domu i zaciekawił mnie inaczej: „Co to takiego jest, ten <tata>. Do czego taki „tata” może służyć?”.

Obiecał mi raz wesołe miasteczko. W Chorzowie. Chciałam jechać. Cud, że Babcia się zgodziła. Chroniła mnie przed wszelkimi „harcerzami”, „koloniami” i innymi wyjazdami, na które, ku mojej rozpaczy, na moje szczęście, nie pozwalała mi jeździć. Nie wiem, jak to się stało, że na ten wyjazd pozwoliła. Na pewno wychodziła ze siebie. Słusznie. Po latach moją uwagę zwróciło, że pamiętam ten wyjazd. Ale nie wesołe miasteczko, tylko wannę, stojącą prawie na środku dużego holu czy pokoju, do którego się wchodziło bezpośrednio od drzwi wejściowych. Ta kąpiel była inna. Ludzie chodzili. Facet o imieniu „tata” i jego miła dziewczyna. Ten obraz musiał być lata w podświadomości. Usunęłam go stamtąd jak drzazgę spod skóry i teraz wypłynął znowu w pamięci, jak trup z jeziora, na wiosnę, po jesieni. Może trzeba go było zostawić pod powierzchnią? Chodzili po łazience bez ścian, holu łączącym wszystkie pomieszczenia, widzę to, ale nie pamiętam więcej. Myślę, że wtedy nie przypuszczałam, i że on się bał. Nic dziwnego: gdyby Babcia dowiedziała się o cieniu jakiejś krzywdy, niebo by się zatrzęsło. Nie mam ochoty tego opowiadać.

Przypomina mi się dowcip: stoi oskarżony przed sądem i zeznaje. „Patrzę, a tu w parku uwięziona żabka. O dziwno przemawia do mnie ludzkim głosem: uratuj mnie człowieku, to Cię wynagrodzę. Uratowałem. Ona na to: co chcesz w nagrodę. No to ja na to, żeby stała się długonogą laską, na jeden numerek. Ona na to, że takiej władzy nie ma, może stać się najwyżej, dwunastolatką. To ja na to, że dobra. I zmieniła się w dwunastolatkę…. I tak to było, wysoki sądzie, a nie tak, jak opowiada ta gówniara!”.

Zniknął. A kiedy znów się pojawił, zachowywałam się jak ofiara. Spotkałam go przypadkiem w pubie mojej koleżanki, mieszkał w sąsiedztwie. Wyprzedzając zdarzenia, powiem, że potem długie lata unikałam tych pięciu czy sześciu ulic w sąsiedztwie, żeby go nie spotkać. Wtedy rozmawiałam z nim, jak gdyby nigdy nic. Odpowiadałam na pytania, myśląc: „ok., to przypadkowe spotkanie. Pogadam chwilę i znowu zniknie”. Serce mi się mdło tłukło i powinnam była wyjść. Naiwnie prawdomówna, powiedziałam, że idę na reżyserię.

On na to: „To ja z Wajdą porozmawiam, żeby Ci znalazł pracę”. Nie potrzebuję, już rozmawiałam z Wajdą. I nie o pracy, lecz o zawodzie. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że rozmawiam z mitomanem. Jednostka chorobowa polegająca na tworzeniu alternatywnej rzeczywistości, dopasowanej do aktualnych potrzeb. Rozmówca nie czuje, że mitoman kłamie, bo mitoman wierzy w to, co mówi, więc nie wysyła takich sygnałów, jak kłamca.

Po tamtej rozmowie co kilka lat widzieliśmy się, przypadkiem. Odwiedził Klinikę prawa i zobaczył moje nazwisko na tabliczce. Albo spotkał mnie na Plantach. Jak byłam na prawie: „To ja ci załatwię kancelarię w centrum miasta, mam znajomych prawników”. Jak spotkał mnie, kiedy prowadziłam rower Plantami: „Ja też jeżdżę na rowerze”. Nie był agresywny. Syndrom ofiary działał i miał się dobrze: rozmawiałam z nim, licząc na to, że w nagrodę później znów los będzie mnie od niego trzymał z daleka. Starałam się mówić mniej, słuchałam tylko o tym, co wygrał w bingo i że „wycyganił rentę”.

Raz spotkał mnie przy tym pubie i zapytał, czy chcę zobaczyć mieszkanie, że mieszka tam z matką. Zawsze mnie szokowało, że kobiety, które czują coś złego, nie odmawiają tylko dlatego, że spotykające je zło nie jest niby na początku agresywne, że uosabia je ktoś zwyczajny, niedemoniczny. No i byłam tam w końcu jego matka. Pokazał mi mieszkanie, remontowane.  Na środku była rozbabrana łazienka bez ścian i stała wanna. Zrobiło mi się mdło. Ale teraz nagle uciec to ośmieszyć się. Ujawnić się. Odczekam, wyjdę.

Stał wtedy w tym swoim mieszkaniu, które całe miało chyba z 200 metrów i opowiadał, że jego matka omal nie spadla z balkonu – albo że spadla? Nie pamiętam. Bawił się bronią. Pewnie taką na śrut, na ptaki. Bałam się. Liczyłam na to, że i on się boi. Tak samo jak w Chorzowie. Nadal wisiała w powietrzu milcząco moja Babcia.

Potem długo nie chodziłam do tej części Krakowa. Raz zadzwonił do mojej Mamy, mieszkającą za wodą. Zapytać, co u mnie. I czy Mama mu nie wyśle pieniędzy. I że spotkałby się ze mną, żeby mi dać zdjęcia, które robił w dzieciństwie. Mama śmieje się, że to pewnie te same, które jej chciał sprzedać, jak miałam dwa lata. Mnie to nie bawi. Nikt chyba nie wie, że czuję się jak w Rosemary’s baby, lub w Egzorcyście, tylko że nie chodzi o potworne dziecko, tylko o potwornego faceta o nazwie ”tata”.

Nie chcę, żeby istniał w mojej głowie. Nie chcę, żeby pojawiał się w moim życiu. I nie mogę się przed tym obronić. Ostatnio zadzwonił jakiś Andrzej, o takim samym, jak „tata” nazwisku. Zaczął gadać dużo i szybko, że robi drzewo genealogiczne, że znalazł kolegę, który być może jest na tym drzewie, że sobie gadali przy kielichu i że ten kolega zwierzył się, że ma córkę. „Ta córka” – mówi ów Andrzej – „musi być fajna, fajnie mieć córkę” – i nagle – „Pani jest tą córką, prawda?”.

Mam prawie czterdzieści lat. Jestem silna. Tylko w tym jednym aspekcie byłam ofiarą.

„W czym mogę Panu pomóc?”

„Nie chciałem Pani urazić, tylko to drzewo robię, genealogiczne…”

Już nie jestem ofiarą. Skończyło się.

„No to proszę sobie odnotować w swoim drzewie genealogicznym, że moim Ojcem był Witold…”.

Mój prawdziwy ojciec, którego nigdy nie nazywałam dziadkiem. Wituś.

.....

Napisałam to dwa czy trzy lata temu. Ale dopiero teraz mogę to opublikować.
 

poniedziałek, 28 września 2015

Wstęp do Niby-Ojca

Zawsze w końcu przychodzi dzień rozliczenia z traumą.
Nie, wróć.
Błogosławieństwem jest, jeśli nadchodzi dzień rozliczenia z traumą.

Każdy, kto jej doznał, w jakiejkolwiek formie, powienien być wdzięczny Bogu, Energii, Ewolucji, Światu - za to, że taki dzień nadszedł.
Ja jestem wdzięczna.
Podzielenie się tym na blogu, jest ostatnim etapem.

Pierwszym było odkrycie, że zdarzenia traumatyczne w ogóle miały miejsce.
Drugim była konforontacja z demonami.
Trzecim i ostatnim jest wypowiedzenie tego głośno i publicznie.
Po co?

Z dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że to jest właśnie trzeci, konieczny, etap autoterapii.
Po drugie dlatego, że to jest pomoc wszystkim tym, którzy się jeszcze nie odważyli w ogóle ruszyć tematu i ich trauma jest w nich zakopana i truje, przez kanały podświadomości.

Dlatego kolejny moj post będzie tym trzecim etapem - wypowiedzeniem głośno i publicznie traumy, ktorą dzielę z dziesiątkami czy setkami innych ludzi.

Nie "dzielę się" lecz "dzielę z".

Tych, ktorych nikt nie podejrzewa o traumę.
Silnych.
Tych, ktorzy nawet sami siebie nie podejrzewają o traumę.
Twardych.
Zdecydowanych.
Nieugiętych w wartościach.
I kompromisowych tam, gdzie warto dla tych wartości właśnie.

TO wkrótce przyjdzie.

Powiem to głośno.
Słuchajcie.
I szukajcie w sobie.

sobota, 13 grudnia 2014

Miejsce z Listy - odkrycie tajemnicy

Kto się domyślił, co to jest Miejsce z Listy, w ktorym się ukryłam?
 
...
...
...
 
To klasztor.
Miejsce z Listy to klasztor. Nie jakiś konkretny, ale jakikolwiek klasztor, do którego postanowiłam, że kiedyś przyjadę. Miał być odcinający od świata na jakieś 3 dni, no, może tydzień. 
Tymczasem okazało się, że oderwałam się na miesiąc. Nie na modlitwę, nie na kontemplację, nie na odrzucenie świata - choć te wszystkie rzeczy można tu wykonać intesywnie, jak nigdzie indziej.
Ale ja tu przyjechałam po coś innego. Żeby uporać się z tą paraliżującą pięcioprocentówką tekstu.

zobacz pierwszy post nt Miejsca z Listy:
http://blog-o-przekraczaniu-granic.blogspot.com/2014/11/niezwyke-miejsce-z-listy.html

Nie wiedziałam wtedy, że ten wyjazd nie będzie dotyczył ilości, ale jakości. Jeśli pracuje się nad czymś 9-10 godzin dziennie, to pracuje się nad tym INACZEJ intelektualnie, w pełni, dociera się do sedna sprawy, do warstw, do ktorych nie ma szans się dokopać, pracując 2-3 godziny dziennie. Rozpraszając się innymi sprawami. Klientami. Wykładami. Kotami. Ludźmi.  Psem. Kolacjami. Sniadaniami. Innymi....
To było jak codzienne zjeżdżanie windą do środka Ziemi. 
 
Jeśli chcesz doznać tego, o czym piszę, dostania się w głąb ziemii i tematu, jaki chcesz rozgryźć, jedź tam:
 
Pustelnia Złotego Lasu:
 

piątek, 21 listopada 2014

Smak Czasu - w Miejscu z Listy (dzień 21)

(zobacz poprzednie trzy posty)

Czas zmienił się definitywnie. Nie ma charakteru liniowego tylko kulisty, albo lepiej powiedzieć: wieloprzestrzenny. Pory dnia nie są wyznaczane "normalnie" tylko dwoma posiłkami - niczym dwoma punktami, które jako jedyne jakoś utrzymują tę "prostą"  w przestrzeni - i cyklami pisania. Po dwie, trzy godziny na raz.
 
Sen to nie jest coś, co dzieje się od 23.00 do 7.00, sen to jest coś, co mi się przydarza. Ogromna ilość informacji i tworzenia, wymaga "zapisywania" i syntezy w częstszych porcjach snu, a nie w jednym dużym torcie snu, niepoporcjowanym. Częściej musi się zapisywać kopia zapasowa i częściej musi dochodzić do przesuwania pudełek, tyle ich tam teraz się, w głowie umieszcza.

wtorek, 4 listopada 2014

Niezwykłe Miejsce z Listy


To, co teraz robię, a właściwie gdzie jestem, też było na tej słynnej liście. Tej z „rzeczami do zrobienia w życiu”, którą ma, a w każdym razie powinien mieć, każdy człowiek liczący się ze sobą. A jednocześnie trochę sobie nie dowierzający. W każdym razie wolący zapisać, czarno na białym, co ma do zrobienia w życiu.
 
To, gdzie teraz jestem, jest na tej liście, obok przebiegnięcia Maratonu (wykonane), głodówki (wykonane) i innych „wykonanych” bądź „jeszcze niewykonanych”. Tyle, że sądziłam, że przybędę tu w innym celu i na mocno krócej, niż 30 dni. Miałam przyjechać do takiego  miejsca „kiedyś”. I to raczej w ramach wakacji, a nie najintensywniejszej pracy. Jednak stało się inaczej.
 
Zaczęło się dość banalnie: od zaległości. Mam książkę do napisania. Właściwie ją napisałam, ale brakuje mi 5 %. Zaś z książką to jest tak, że póki nie masz całej, to w zasadzie wszystko jedno, czy masz już 95 % czy dopiero 1% - jest po prostu nieskończona. A trudno pracować nad taką złożoną sprawą, tą w książce, „po godzinach”, czyli po powrocie z wykładów albo z wydziału architektury, gdzie załatwiałam jakąś sprawę związaną z pozwoleniem na budowę wieżowca w puszczy, dla klienta. Trudno pracować „po godzinach”, kiedy w domu mi tak ktoś cudnie gotuje, jak Najmilszy, zaprasza na długą kolację z jeszcze dłuższymi rozmowami, a potem trzeba jeszcze oddać z kolei psu co pieskie – innymi słowy iść się pobawić z Zachą. Mimo, że jest wielka, to mentalnie jest jeszcze małym pieskiem i trzeba jej i zabawy i czułości.
 
Tak czy inaczej w tych okolicznościach domu i przyrody, nie da się skończyć książki, nawet jeśli „prawie” gotowa. Zwłaszcza, że, sprzecznie z zasadami logiki, a zgodnie z zasadami psychologii, to te 5 % wydaje się wyraźnie trudniejsze i jakby większe, niż te 95% zrobione. Przy Wielkim i Poważnym Zadaniu człowiek ma obawy przed jego skończeniem. Nieskończenie zawsze jeszcze daje ochronę: „no przecież pracuję nad tym”, a skończenie oznacza: „Teraz będę się musiał z tym pożegnać, wysłać to w świat, wystawiając na ludzkie oczy i poniewierkę na ich językach”.

Mam nadzieję, że dość jasno nakreśliłam sytuację i czytelnik zrozumie moc mego objawienia pewnego ranka: trzeba odłożyć wszystko i zniknąć. Żeby wziąć się za bary z tą „pięcioprocentówką”. Która ma wielką głowę, wielkie oczy i wielkie kły. Nie dać się jej zjeść, a przeciwnie: skonsumować ją metodą „zjadania całego słonia”, czyli po plasterku. Żadne „izolowanie się” w bibliotece (studenci, znajomi, koledzy z pracy) ani w domu (mąż, koty, pies, świeże powietrze w jesiennym ogrodzie) nie przyniesie skutku. Muszę wyjechać. I postanowiłam, że wyjadę tam, gdzie zamierzałam (było na liście). Nie miałam żadnego adresu – tylko jasność co do tego, co to za miejsce. Dopasowałam jakiś adres, po krótkich poszukiwaniach w Internecie i oznajmiłam rzecz wspólniczce drogiej, dobrze mi życzącej.

-   Gdzie to jest? – pyta wspólniczka
- A, nie ma tak, zgadnij. Masz trzy strzały. Podpowiem tylko, że jadę pisać – zna mnie nieźle, ale nie ma bola, nie zgadnie, pomyślałam.
- Do (…) [tu pada nazwa państwa, do którego zwykle jeżdżę pisać, myśleć, wakacjować, po górach chodzić, wino pić i małże przełykać, z jedną Ważną Panią]

- Nie tym razem – śmieję się, bo wiedziałam, że pomyśli najpierw, że tam!

- Do SPA? – trochę zaskoczona, a nawet jakby zawiedziona, że tak nieoryginalnie

- Ja pracować jadę, a nie byczyć się!

- Jakiś surviwal? – ożywiła się trochę, bo jej zdaniem to by do mnie zdaje się dużo bardziej pasowało, niż hotel z plażą.

Musiałam się sekundę zastanowić
Można by poniekąd tak to nazwać – odpowiedziałam z wahaniem.
- No, dobra, to gdzie jedziesz? – miało być 3 strzały, były, więc czas na informację.

- (…) [tu pada określenie tego miejsca] – Tylko zachowaj to dla siebie – zastrzegam, choć nie do końca wiem dlaczego.

- ...I tak by mi nikt nie uwierzył… - odpowiada, z lekko uchyloną paszczą.

c.d.n.

p.s. uprasza się osoby, którym wiadomo, gdzie jestem, o niezdradzenie tego faktu w komentarzach. To samo dotyczy tych, którzy się domyślą przed 30 listopada. A 30 listopada ogłoszę, gdzie jestemJ

piątek, 25 lipca 2014

Granice wyznaczane... no właśnie: czym?

Chciałam zatytułować post "Granice wyznaczane odpornością na chamstwo". Ale powstrzymałam się, ponieważ ten tytuł z góry promuje pewną tezę, a ja właściwie nadal się waham, jakie granice zostały przekroczone. I czy tylko raz, czy dwa razy?
 
Otóż załóżmy, że promotor czyta pracę magisterską swojego seminarzysty. Praca zostawia wiele do życzenia, a seminarzysta ignoruje kolejne korekty. Dlatego promotor, załóżmy, proponuje, aby seminarzysta rozważył zmianę tematu lub zmianę promotora.
 
Na co promotor otrzymuje, załóżmy, taką odpowiedź:
 
"Dziękuję za informacje, jednak nie ma szans bym rozważył nowy temat lub zmianę promotora, powiem wprost może mi Pani dać 3, chcę skończyć te studia i mieć to z głowy, nie sram pieniędzmi, więc mi się nie uśmiecha płacić za przedłużenie sesji (...) (1) pisałem od początku roku tą pracę, poświęciłem wiele czasu, użyłem wiele materiałów, mogę na podstawie tej pracy ewentualnie mój drugi temat użyć, o moralności. Wtedy znika mi cała kwestia prawna. (2) Choć tak jak piszę wyżej, mi zależy by zakończyć te studia, a Pani mi to utrudnia, cały czas, gdzie na innych uczelniach bym nie miał takich problemów. Jak już z Panią zacząłem, to i z Panią skończę tą pracę".
 
Co ma zrobić promotor, gdyby, załóżmy, znalazł się w takiej sytuacji? 
 
(Wyślę ten post do znajmoych, żeby mi odpowiedzili, co oni by zrobili. Jak odpowiedza, to napiszę w następnym poście, co sugerują)
 
Promotor rozważała, załóżmy, trzy opcje:
Po pierwsze: zignorować;
Po drugie: wyrzucić seminarzystę z seminarium;
Po trzecie: napisać wychowawczego maila z żądaniem przeprosin;
Po czwarte: odpisać merytorycznie, zaznaczając jedynie zastrzeżenia co do, hmmm, formy e-maila;
 
Załóżmy, że promotor wybiera czwartą opcję:
 
"Forma Pana e-maila, w szczególności użyte słownictwo, upoważnia mnie do pozostawienia go bez odpowiedzi. Mimo to - odpowiem.
Nie wiem, jak jest na innych uczelniach. Na tej uczelni na ocenę dostateczną trzeba zapracować tak samo, jak na każdą inną ocenę.
Co do zmiany zakresu tematu: usunięcie aspektów prawnych uniemożliwiło by obronę pracy w ramach seminarium z zakresu prawa.
(...) (1)

Jeśli stawianie wymagań dotyczacych jakości pracy nazywa Pan "utrudnianiem zakończenia studiów" przez Pana, to mam wątpliwości, czy jednakowo rozumiemy pojęcie "studiowanie". (...) (1)".
 
Promotor wybrał, jak założyliśmy, tę czwartą opcję, ale, załóżmy, nadal się zastanawia, czy słusznie.
Bo fakt, że seminarzysta przekroczył granice -
 
różne
 
- w tym granice dotyczące sposobu korespondencji pomiędzy semianrzystą, a promotorem lub między jakimikolwiek osobami w podobnej relacji;
- granice taktu;
- granice... no, można sobie dopowiedzieć-
 
to jest jasne.
 
Natomiast promotor waha się, czy, odpowiadając w ten sposob, nie przekroczył granic odporności na chamstwo?

p.s.
Jest jeszcze jedna kwestia.
Promotor ma, załóżmy, kilkunastu seminarzystów.
Właśnie skończyły się, załóżmy, obrony kilkuz nich.
Jest z nich dumny: mimo codzienneych obowiązków, pracy, dzieci, psów, ślubów, pogrzebow i urodzin, wykonali dobrą robotę. Ich prace są pyszne, na wysokim poziomie, ich wypowiedzi na obronach świadczą o tym, że to to są i wyedukowani i mądzrzy ludzie. Duma rozpiera... Czy przypadkiem obowiązkiem promotora (mniejsza o to czy moralnym, zwykło-ludzkim czy innej kategorii) nie jest wywalenie seminarzysty, ktory "nie sra pieniędzmi" na zbity pysk, z seminarium...?

________
(1) usnęłam fragment, który mogłby sugerować, że seminarzysta jest nie tylko osobą prawdziwą, ale nawet zupelnie teoretycznie, możliwą do zidentyfikowania;
(2) seminarium obejmuje tematykę prawną

niedziela, 25 maja 2014

Granice cywilizacji


Nie mam telewizji. Nie wiedziałam, że jest Eurowizja i kim jest Conchita Wurst. Dopiero kiedy dotarły do mnie odgłosy awantury i pomruki burzy, zajrzałam do internetu. Obiły mi się o uszy komentarze: oburzonych i zachwyconych.
Trafiam do źrodeł: oglądam występ na You tube. Wrażenia?
 
1. Człowiek zaproponował sposób zaistnienia w show biznesie. Skuteczny. PUNKT
 
2. Zagwarantował sobie furtkę do ogrodu prywatności - wystarczy, że się nie umaluje, zwiąże włosy i nikt go nie rozpozna. PUNKT
 
3. Nośny tekst i oprawa. PUNKT
 
4. Taki sobie głos, jak dla mnie, choc trudno mnie uznać za eksperta. NIE MA PUNKTU.
 
5. Broda w oprawie kobiecej. Kiedy wiedzę to pierwszy raz, krzywię się. Niesmaczne. NIE MA PUNKTU. Kiedy widzę to drugi i trzeci raz, krzywię się. Ogladam teledyski. Teksty nadal nośne, oprawa zgrabna. Powoli przyzwyczajam się do brody. Przestaję ją widzieć. Słucham muzyki i oceniam, że nie kupiłabym płyty. To nie dla mnie. Nadal podziwiam skuteczność i przemyślaną drogę piosenkarza.
 
Przypominam sobie z opowieści, że kiedy kobiety zaczęły chodzić w mini, a potem w obcisłych dżinsach, też na początku wywoływało to skrzywienie. To, że murzyni i biali korzystają z tych samych toalet, też na początku było szokujące.
 
Jeśli czytamy opinię prawną, słuchamy piosenki czy oglądamy rzeźbiony stół, to nie pytamy, czy wykonawcą jest  kobietą w obcisłych dżinsach, czarnoskóry czy facet ktory po godzinach jest drag queen. Wstyd było by nawet przyznać, że to ma znaczenie, nawet jeśli dla kogoś ma.
 
Dlatego rbię korektę w punkcie 5. Broda w oprawie kobiecej. Edukacja. PUNKT.
 
Wracając do komentarzy, a więc pomst i entuzjazmów.
Kto żyw używa Conchity do promowania swoich idei.
Jakiś polityk powiedział nawet, że widzi w oczach Cochity oczy Tuska (w sensie krytki polityki Tuska). Jak widać, skojarzenia mogą chadzać bardzo krętymi ścieżkami.
To jak w tym dowcipie: Terapeuta pokazuje pacjentowi kolejno obrazki:
Obrazek z trójkądem
- Co pan widzi?
- Gołą babę
Obrazek z kwadratem
- Co pan widzi?
- Gołą babę
Obrazek z kołem
- Co Pan widzi?
- Gołą babę
Terapeuta:
- Pan ma obsesję!
Pacjent:
- Ja???? To pan doktor pokazuje mi te wszystkie gołe baby.
 
Nie czytam wszystkich komentarzy. Ba! Czytałam wlasciwie tylko to, co mi wpadło w ręce i oczy przy okazji oglądania kilku you-tubów. I znalazlam jedną reakcję WARTĄ przytoczenia. Dlaczego wartą? Bo nie używa Conchity do manifestow religijnych ani politycznych. Koresponduje z nią na tej samej fali, na jakiej dziala (płynie?) Conchita: artystycznej, ironicznej, wymiany kreatywnej. Czyja to reakcja? Ano, kabaretu, którego nie lubię. Czasem ich oglądam w internecie, ale rzadko mnie bawią. Natomiast tym razem...
 
Tym numerem pokazali, czemu służy kabaret. Tym numerem pokazali - czemu powinien slużyć kabaret. Tym numerem pokazali, jak człowiek potrafi w sposob cywilizowany wyrazić swoje zdanie. 
 
Panowie z Ani Mru Mru - chapeu bas!

https://www.youtube.com/watch?v=cv-nl8S6IOw

p.s. Czy tylko ja mam wrażenie, że kabaretowa Conchita ma dużo więcej wdzięku niż "oryginalna"?..... 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Granice wyznaczane wiekiem


Jest wiek, w którym przekraczanie granic jest swobodne, bo człowiek jeszcze nie zna nieśmiałości. I nie wiążą go "dorosłe" zasady savoir-vivru.
Albo już nie zna nieśmiałości, bo już nie musi trzymać się konwenansów.
To jest albo wiek dziecka albo wiek starca. Bardzo młodemu i bardzo staremu albo wolno więcej, albo więcej się wybacza.

Mama opowiedziała mi następującą historię. Dziadkowie zawsze mnie zabierali na przyjęcia urodzinowe znajomych (bo co mieli ze mną zrobić?), głównie artystów: malarzy było wielu, za to żadnego dziecka. Siedziałam cicho, to było oczywiste, że zaraz coś skombinuję, na przykład wycisnę farbę z tubki i będę usiłowała zgarnąć ją pod kanapę. Jak nie kombinowałam, to opowiadałam dowcipy polityczne. To akurat było wesołe, bo dowcipy wtedy były niezłe, a w ustach sześciolatki, dziesięciolatki, dwunastolatki, jeszcze lepiej brzmiały. Znałam je na pamięć i na poczatku nie rozumiałam ani w ząb, co było przyczyną uciechy obecnych.

Któregoś razu, na jednym z takich przyjęć, jako sześcio- czy siedmiolatka zwróciłam się do Pana Ząbkowskiego:
- Znamy się już tak długo, mogę Ci mówić po imieniu?
- Oczywiście! – roześmiał się.

Kilka dobrych lat później, na jakimś wernisażu zwróciłam się do niego grzecznie per „Pan”. A on na to, że śmiechem: 
- Ale my już od dawana jesteśmy na „ty”.
Miałam piętnaście lat i na pewno się zaczerwieniłam :)


Każdy wiek człowieka ma granice, które z łatwością przekracza.