czwartek, 5 czerwca 2014

Rzemieślnik czy artysta?

W trakcie moich badań dotyczących funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, zadawałam sędziom pytanie:
 
Czy sędzia jest bardziej "artystą" czy bardziej "rzemieślnikiem"?
 
Innym razem notowałam spostrzeżenia do książki (prawniczej) o pewnej kategorii utworów. Dotyczyły tego:
 
Jakie są granice twórczości, a jakie są granice sztuki?

Bo granice twórczości i sztuki nie pokrywają się, a to, gdzie przebiegają, jest niezwykle istotne z punktu widzenia prawa. Ochronie prawnej podlega tworczość, nie sztuka. 
 
To pytanie, powiodło mnie do następnych:
 
Jak określić granice tworczości i granice sztuki, wiedząc, że nie każda twórczość prowadzi do powstania sztuki?
(skoro tak jest, to granica musi gdzieś być zarysowana, nie wszystko jest "płynne")
 
Czy artysta jest ojcem sztuki, a rzemieślnik ojcem twórczości?
Czy odwrotnie?

A może każdy z nich może być rodzicem i sztuki i twórczości, zależnie od osobowości i tego, co ma światu do zaoferowania?
 
To, czy istnieje ścisła granica, między byciem artystą i byciem rzemieślnikiem, jest ważne, z punktu widzenia moich badań nad wymiarem sprawiedliwości, bo być może cytowane pytanie, stawiane sędziom, oparte jest na błędzie podziału tworzacych na "artystów" i "rzemieślinków".

W tym kontekście ciekawe jest także, że określenie kogoś, kto się mieni artystą, mianem "rzemieślnika" jest pobraźliwe; a  określenie rzemieślnika mianem "artysty" jest komplementem.
Dlaczego?



 

niedziela, 25 maja 2014

Granice cywilizacji


Nie mam telewizji. Nie wiedziałam, że jest Eurowizja i kim jest Conchita Wurst. Dopiero kiedy dotarły do mnie odgłosy awantury i pomruki burzy, zajrzałam do internetu. Obiły mi się o uszy komentarze: oburzonych i zachwyconych.
Trafiam do źrodeł: oglądam występ na You tube. Wrażenia?
 
1. Człowiek zaproponował sposób zaistnienia w show biznesie. Skuteczny. PUNKT
 
2. Zagwarantował sobie furtkę do ogrodu prywatności - wystarczy, że się nie umaluje, zwiąże włosy i nikt go nie rozpozna. PUNKT
 
3. Nośny tekst i oprawa. PUNKT
 
4. Taki sobie głos, jak dla mnie, choc trudno mnie uznać za eksperta. NIE MA PUNKTU.
 
5. Broda w oprawie kobiecej. Kiedy wiedzę to pierwszy raz, krzywię się. Niesmaczne. NIE MA PUNKTU. Kiedy widzę to drugi i trzeci raz, krzywię się. Ogladam teledyski. Teksty nadal nośne, oprawa zgrabna. Powoli przyzwyczajam się do brody. Przestaję ją widzieć. Słucham muzyki i oceniam, że nie kupiłabym płyty. To nie dla mnie. Nadal podziwiam skuteczność i przemyślaną drogę piosenkarza.
 
Przypominam sobie z opowieści, że kiedy kobiety zaczęły chodzić w mini, a potem w obcisłych dżinsach, też na początku wywoływało to skrzywienie. To, że murzyni i biali korzystają z tych samych toalet, też na początku było szokujące.
 
Jeśli czytamy opinię prawną, słuchamy piosenki czy oglądamy rzeźbiony stół, to nie pytamy, czy wykonawcą jest  kobietą w obcisłych dżinsach, czarnoskóry czy facet ktory po godzinach jest drag queen. Wstyd było by nawet przyznać, że to ma znaczenie, nawet jeśli dla kogoś ma.
 
Dlatego rbię korektę w punkcie 5. Broda w oprawie kobiecej. Edukacja. PUNKT.
 
Wracając do komentarzy, a więc pomst i entuzjazmów.
Kto żyw używa Conchity do promowania swoich idei.
Jakiś polityk powiedział nawet, że widzi w oczach Cochity oczy Tuska (w sensie krytki polityki Tuska). Jak widać, skojarzenia mogą chadzać bardzo krętymi ścieżkami.
To jak w tym dowcipie: Terapeuta pokazuje pacjentowi kolejno obrazki:
Obrazek z trójkądem
- Co pan widzi?
- Gołą babę
Obrazek z kwadratem
- Co pan widzi?
- Gołą babę
Obrazek z kołem
- Co Pan widzi?
- Gołą babę
Terapeuta:
- Pan ma obsesję!
Pacjent:
- Ja???? To pan doktor pokazuje mi te wszystkie gołe baby.
 
Nie czytam wszystkich komentarzy. Ba! Czytałam wlasciwie tylko to, co mi wpadło w ręce i oczy przy okazji oglądania kilku you-tubów. I znalazlam jedną reakcję WARTĄ przytoczenia. Dlaczego wartą? Bo nie używa Conchity do manifestow religijnych ani politycznych. Koresponduje z nią na tej samej fali, na jakiej dziala (płynie?) Conchita: artystycznej, ironicznej, wymiany kreatywnej. Czyja to reakcja? Ano, kabaretu, którego nie lubię. Czasem ich oglądam w internecie, ale rzadko mnie bawią. Natomiast tym razem...
 
Tym numerem pokazali, czemu służy kabaret. Tym numerem pokazali - czemu powinien slużyć kabaret. Tym numerem pokazali, jak człowiek potrafi w sposob cywilizowany wyrazić swoje zdanie. 
 
Panowie z Ani Mru Mru - chapeu bas!

https://www.youtube.com/watch?v=cv-nl8S6IOw

p.s. Czy tylko ja mam wrażenie, że kabaretowa Conchita ma dużo więcej wdzięku niż "oryginalna"?..... 

środa, 7 maja 2014

Granat i Kartofel

"Czy w swoim czasie i na swoim miejscu każda rzecz nie odgrywa swojej roli?
Kto udowodni, że owoc granatu piękniejszy jest od kartofla?"

                                                              Jean Millet

wg: Marta Rzepińska "Siedem wieków malarstwa europejskiego" Zakład Narodowy imienia Ossolińskich 1979

Przeczytałam gdzieś, że Jean Kirkman (autorka: "Ledwo potrafię zająć się sobą") na deklarację, że nie chce mieć dzieci, usłyszała: "A byłabyś taką świetną matką!".
 
Odpowiedziala: "Jest wiele rzeczy, w których mogłabym się sprawdzić, jak jazda figurowa na lodzie, mycie okien na wysokościach, bycie kardiochirurgiem. Może byłabym też znakomitym pilotem kamikaze – tyle tylko, że nie chcę nauczyć się latać i nie poświęcę swojego życia dla Japonii".

Tu nieważne, czego dotyczył wybór. Ważne, że trafnie zilustrowała fakt, iż kwestia oceny wyboru nie jest jednoznaczna. Wybór nie zawsze dokonywany jest w kategoriach: "dobry/zły wybór, lepszy/gorszy wybór". Bywa dokonywany jako wybór między różnymi, równoważnymi pod względem wartości, alternatywami.
 
Dokonanie wyboru innego, niż reszta społeczeństwa czy przedstawicieli danego środowiska, niemal zawsze oznacza przekraczanie granic. To oznacza, że stawiając stopę poza granicą, trzeba się przygotować na konfrontację: ludzie domagają się uzasadnienia, dlaczego dokonałeś innego wyboru niż większość. Spodziewają się usłyszeć argumenty, z ktorymi będą mogli polemizować. Koniecznie chcą ustalić hierarchię wyborów i chętnie udowodnić, że Twój jest gorszy, mniej uzasadniony. Bardzo trudno jest im zrozumieć, jeśli powiesz:

"Wybrałem inaczej, bo mogłem".


Załóżmy na chwilę, że któryś wybór musi być lepszy niż inne.
Teraz: wybierz kawę lub herbatę.
Teraz: udowodnij, że Twój wybór jest najlepszy.

czwartek, 1 maja 2014

Gwizdnęłam obraz. Niezbyt cenny, choć po „kradzieży” może zdrożeć


 - to jest mój felieton opublikowany w "Giełdzie nieruchomości" w 2009 r. -

Ukraść z galerii czy z muzeum byłoby banalnie. Poza tym galeria  jest sklepem. Szlachetniejszym może, niż mięsny, ale jednak sklepem. Ukraść stamtąd obraz to tak, jak ukraść adidasy z obuwniczego: jest cena, jest zysk, jest paragraf.  A żeby kraść z muzeum musiałabym być fachurą w branży. Inaczej, zamiast się nacieszyć przewrotną filozofią całej akcji, tłumaczyłabym się gęsto na komisariacie. Dlatego „ukradłam” obraz z kawalerską fantazją. Z kawiarni.

Boczna uliczka, cichutko, schludnie, słonecznie. Zakamuflowana kawiarnia, która nocą jest mocniej jazzowo – klubowa. Teraz zachęca stolikiem kawowym w witrynie. Zamawiam kawę i rozglądam się. Mam oko na dwa światy.

Po lewej ulica. Można gapić się na nielicznych przechodniów. Pusto, więc wolniej idą, swobodniej rozmawiają. Łatwiej śledzić wątek ich opowieści. Nie ma zagłuszającego pomruku tłumu.

Po prawej wnętrze kawiarni. Stylizowane na taką samą ulicę, tylko ciemniejszą, dekadencką. Latarnie ustawione na środku tlą się pomarańczową i różową żarówką. Jest też  smaczek dla zbieracza – kolekcjonera. Obrazy wszelkiej maści. Niektóre to okropa (jak mawiał mój Dziadek), inne pyszne (tak też mawiał). Szczególnie jeden zwraca moją uwagę. Jest jak lekarstwo na depresję. Inaczej mówiąc „na spokojność”. Na obrazie mały pokój. Dawno nie malowany, ciemnawy, bez wyróżniających się mebli. Po prawej, profilem do widza siedzi mężczyzna i gra na pianinie. Po lewej czerwony fotel – ach, jaka nasycona czerwień! W fotelu siedzi dziewczyna, z nogami podkulonymi dokładnie tak samo, jak ja podkulam, kiedy czytam.

Na zewnątrz znów głosy. Jak się kogoś podsłuchuje, to przychodzi nieodparta ochota zerknąć sobie na niego. Hecne typy. Robię zdjęcie, udając, że to gołębiom przyczajonym naprzeciwko. 

Swoją drogą te gołębie muszą być zachwycone. Siedzą w nietypowych, zamurowanych oknach. Jest szeroki, wygodny gzyms, a jednocześnie nikt ich nie zaskoczy od środka, bo tam cegły, zamiast szyb.

Łyk kawy i wracam wzrokiem do kawiarni. Reprodukcja PRL-owskiego plakatu z hasłem uprzejmie i szybko obsługujemy ludzi pracy”. Wchodzi turysta. Patrzę na niego jak tubylec na turystę. Jestem pierwszy raz w tym mieście, ale czuję się jakbym była tu od nadania praw miejskich..  Miasto zastrzeliło mnie, choć przecież nie przybywam z byle-kąd, bo z Krakowa. Poznań doskonały. Zorganizowany. Twórczy.

Zwykły jarmark zrobiony z pazurem. Sprzedają „szare kluchy” i kapustę – pycha! Że też można zrobić atrakcję z czegoś „szarego”. O ileż to bardziej soczyste i pomysłowe, niż smażone kiełbaski!

Zamiast pospolitego, na takich jarmarkach, „grzańca” jest degustacja austriackich win, prowadzona, a jakże, przez Austriaków. Wino serwuje się w szklanych kieliszkach. Za kaucją można ten kieliszek obnieść po całym rynku – człowiek się czuje bardziej cywilizowany, popijając ze szkła zamiast z plastików.

Są też osobliwe osobistości czyli pan W.C.ejrowski. Rozdaje fantazyjne autografy w książkach podróżniczych. Nie znoszę gościa, mając w pamięci jego „WC kwadrans”, ale książki ma genialne. Biorę autograf dla teściowej. Nie ma mowy, żebym wzięła dla siebie, bo w pobieraniu autografów widzę coś wierno – poddańczego. Brrr….

Mówię mu obie te rzeczy, o nielubieniu i o geniuszu. Przyzwyczajony do uwag słodko-kwaśnych…  W mieście rozwieszono plakaty: „Zakaz Cejrowania”. Zakładam, że to przewrotna autopromocja.

Tymczasem sam zainteresowany – luzik. Zanim się obejrzałam, popija z mojego kieliszka. Normalnie taka „familiarność” by mną wstrząsnęła. Nie pożyczam sukienek od koleżanek, nie daję „gryza” kanapki,  nie jem wspólnym widelcem, nie mówiąc o żłopaniu ze wspólnego kieliszka. On to wykonał z wdziękiem, że bez szemrania dopijam niezużyte wino. Nawet skoczyłam do Austriaków po porcyjkę czerwonego wytrawnego dla pana C. Pomysł na życie to on ma. I za to – o! za to – go lubię.

Stary Browar. Nie wypada mówić o centrach handlowych, jak o atrakcjach miasta? Stary Browar jest czymś więcej, niż zorganizowanym skupiskiem sklepów. Wchodzi się nadal jak do fabryki, więc bardziej jak do muzeum, niż na zakupy. Sporo drewna na podłodze, jak na takie centrum. I odsłoniętych cegieł. Drobiazgów, formalnie do niczego, stricte handlowego, nie potrzebnych – prócz tworzenia atmosfery: kola staro-rowerowe u sufitu, tabliczki z napisami ostrzegawczymi sprzed trzydziestu lat, o hecnych, ale i filozoficznych treściach „Chodzenie z otwartym światłem surowo wzbronione”. Nawet księgarnia z wejściem od dziedzińca nietypowa, jak wystawa albo laboratorium. Restauracje też jakieś takie niesieciowe. W jednej z nich, biało – popielatej, kosze zielonych jabłek. Prawdziwych. Pachną.

Dopijam kawę w mojej jazzowej kawiarni. Barman jak widziadło lub poeta: dyskretny, milczący, głęboko za barem. Jego pociągła, nieco zapadnięta twarz przypomina mi smutnego Frankensteina. Rozliczam się przy kontuarze, biorę wizytówkę. Wychodzę.

Prawie. Jeszcze, zaglądam za winkielek, do części kawiarni odgrodzonej murkiem (imitacja starej uliczki!) od baru. Zdejmuję ze ściany TEN obraz. Czytająca w czerwonym fotelu. Czekam, czy mnie grom nie trzaśnie.

Nie trzaska. Podchodzę do drzwi razem z obrazem. Że niby chcę popatrzeć na niego w świetle dnia. W kawiarni żadnego ruchu. Klient, który czyta przewodnik, nie zwraca na mnie uwagi. Podobnie baśniowy kelner. To idę. No, idę po prostu. Normalnie gwizdnęłam obraz.

Siedzę w samochodzie. Dzwoni Anka. Gadamy i pyta, com taka podekscytowana.  - Ukradłam sobie obraz z kawiarni - Chyba żartujesz? Wie, że nie żartuję. „Czytająca w fotelu” jest taka…spokojna.  Prawdopodobnie właśnie tworzę jej, anonimowej, historię.

W Krakowie ustawiam obraz na szerokiej ramie lustra. Czerwień fotela to idealnie czerwień ściany. A przecież odcieni czerwieni jest masa. Patrzę z radością. Trudno mi się będzie z nim rozstać? Może, ale na tym polega cala „piękna afera”. Wyciągam wizytówkę kawiarni z portfela. Piszę list:

„Szanowny Panie. Uprzejmie donoszę, że gwizdnęłam Państwu obraz. Oczywiście na kilka dni - wkrótce przywiozę go z powrotem. Choć w zasadzie mam w zanadrzu alternatywne propozycje: kupię, jeśli cena przystępna albo zamienię się na inny, z mojej kolekcji. Niezależnie od Państwa wyboru, pasjonująca historia Miejsca, w którym wisiał, tworzy się sama”.

Cóż, zobaczymy, jak skończy się ta historia. Coś mi szepcze kusząco, że ani kawiarnia ani  autorka się nie pogniewają. Wszak Georges Braque filozoficznie stwierdził, że „Hołdem dla artysty jest, gdy go okradają”.

Zadzwoniłam do właściciela kawiarni.
Chyba jeszcze nigdy nie rozmawiałam z kimś tak zdziwionym.
Oddałam obraz i wysłałam do kawiarni opublikowany w gazecie felieton.

środa, 23 kwietnia 2014

10 tysięcy przekroczonych Granic


Na liście „rzeczy do zrobienia” miałam od jakichś dziesięciu lat przebiegnięcie Maratonu. To jest lista na całe życie, więc nie spieszyłam się. Nadszedł listopad 2011 r. i okazało się, że nadszedł też czas na bieg. Uznałam, że pora na przygotowania. Był pewien szkopuł: przebiegałam bez zadyszki jakieś 800 metrów…
Pierwsza Granica do przekroczenia: Smocza Piątka w Biegu Sylwestrowym w Krakowie (www.dystans.krakow.pl).
Bieżnia stała się częścią mojego życia. Obejrzałam chyba wszystkie aktualne programy informacyjne (od wieków nie mam telewizji, więc ekran na siłowni był pewnego rodzaju powrotem do przeszłości). Biegałam, pokonując stawiane poprzeczki. Szło powolutku… Pewnego dnia kończyłam pisać dość potworną skargę kasacyjną dla klienta. Obiecałam sobie, że jak ją skończę, to w nagrodę przebiegnę 4 km, choćbym miała paść. Padłam. Ale przebiegłam.
 
Medal pamiątkowy ze Smoczej Piątki to niezwykłe trofeum, bo to dowód na to, że przekroczyłam Granicę. Następne były dwa półmaratony:  Warszawski i Marzanny w Krakowie, dwie niedziele pod rząd. Przed pierwszym z nich, w piątek, szłam na imprezę. Ale bieg tak siedział mi w głowie, balam się, czy przebiegnę, czy się nie poddam, że skoczyłam na siłownię. I zrobiłam po raz pierwszy w życiu 21 kilometrów. Na imprezę przyszłam zmachana jak koń po westernie, ale spokojna. Gotowa do startu.
W kilka miesięcy później: Maraton Warszawski. Dzień przed odbierałam zestaw startowy. Chorągiewki z kolejnymi kilometrami ustawione wzdłuż schodów do biura biegu, jedna obok drugiej. Czterdzieści dwie. Szłam wzdłuż nich uroczyście: jutro będą rozstawione wzdłuż 42 kilometrów i nie będzie już tak łatwo. I pobiegłam.
***
Meta jest na Stadionie Narodowym. Na ostatnich 100 metrach dostaje się skrzydeł.
W korytarzach za metą pomagają odczepić chipy liczące, przyczepione do sznurówek. Wolontariusz uśmiecha się i pokazuje:
- Tam są masażyści
Popatrzyłam na niego jak na Przybysza.
- Wiec Pan co? Ja to powinnam się udać prosto do psychiatry, że pobiegłam - udaję poważny ton.  Jestem szczęśliwa i podsłuchuję ludzi:  

„Pierwszy raz przebiegłem całość”;
„Poprawiłam czas o 20 minut, jest dobrze”;
„Tym razem podbieg do Cytadeli wykonany bez marszu”.

Dociera do mnie, że Maraton to ideał dla pokonywania Granic. Biegnie 10.000 ludzi i nie ma zwykłych trzech czy dziesięciu wygranych. Jest 10.000 osób, które - albo przekroczyły wyznaczone Granice - albo nie.
Wielu tak.
Ja też.
Czas miałam okropny, ale moją Granicą do pokonania było pobiec w Maratonie, dotrzeć do mety. Przekroczyłam ją, a czasem zajmę się następnym razem. To będzie moja następna Granica.




Najważniejsze, to przekraczać granice wewnątrzne.
 

Istotne: coraz więcej osób biega, ale nie wszyscy zwracają uwagę, że tu nie można przeholować z ułańską fantazją. Aby dobrze przekroczyć Granicę, a nie głupio, trzeba zadbać o odpowiedni trening przed każdym biegiem.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Granice wyznaczane wiekiem


Jest wiek, w którym przekraczanie granic jest swobodne, bo człowiek jeszcze nie zna nieśmiałości. I nie wiążą go "dorosłe" zasady savoir-vivru.
Albo już nie zna nieśmiałości, bo już nie musi trzymać się konwenansów.
To jest albo wiek dziecka albo wiek starca. Bardzo młodemu i bardzo staremu albo wolno więcej, albo więcej się wybacza.

Mama opowiedziała mi następującą historię. Dziadkowie zawsze mnie zabierali na przyjęcia urodzinowe znajomych (bo co mieli ze mną zrobić?), głównie artystów: malarzy było wielu, za to żadnego dziecka. Siedziałam cicho, to było oczywiste, że zaraz coś skombinuję, na przykład wycisnę farbę z tubki i będę usiłowała zgarnąć ją pod kanapę. Jak nie kombinowałam, to opowiadałam dowcipy polityczne. To akurat było wesołe, bo dowcipy wtedy były niezłe, a w ustach sześciolatki, dziesięciolatki, dwunastolatki, jeszcze lepiej brzmiały. Znałam je na pamięć i na poczatku nie rozumiałam ani w ząb, co było przyczyną uciechy obecnych.

Któregoś razu, na jednym z takich przyjęć, jako sześcio- czy siedmiolatka zwróciłam się do Pana Ząbkowskiego:
- Znamy się już tak długo, mogę Ci mówić po imieniu?
- Oczywiście! – roześmiał się.

Kilka dobrych lat później, na jakimś wernisażu zwróciłam się do niego grzecznie per „Pan”. A on na to, że śmiechem: 
- Ale my już od dawana jesteśmy na „ty”.
Miałam piętnaście lat i na pewno się zaczerwieniłam :)


Każdy wiek człowieka ma granice, które z łatwością przekracza. 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Przekraczanie granic

Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego (por. www.sjp.pwn,pl), granica to:

linia zamykająca lub oddzielająca pewien określony obszar
linia podziału lub czynniki różnicujące coś
ograniczony zasięg lub miara czegoś dozwolonego
kres możliwości fizycznych lub psychicznych człowieka

Czy przekraczanie granic jest odwagą, czy bezczelnością?
Odpowiem, jak typowy prawnik: "to zależy".

To zależy od tego,
czego granice się przekracza,
w jakim stopniu,
w jaki sposób
i z jakiego powodu.

To jest blog o przekraczaniu granic.